wtorek, 18 marca 2014

Chapter ten.

Nadal kawiarnia, godzina 15.55.
Kasia
"W drzwiach stał..."
... Eden Hazard, a za nim prowadzili bitwę na czochranie włosów Fernando Torres oraz Oscar. Spotkałam moich ulubionych piłkarzy drugi raz tego samego dnia! Nie mogę normalnie w to uwierzyć! Gdy tylko Eden nas dostrzegł, jego twarz rozjaśnił szeroki i promienny uśmiech. Chrząknął do chłopaków, aby się uspokoili i machnął do nich ręką na znak, żeby podążali za nim. Całą trójką podeszli do stolika, przy którym siedziałyśmy.
- Witam nasze utalentowane kobietki - przywitał się, uważnie lustrując wzrokiem Kingę.
- Hello, ladies - zalotnie uśmiechnął się Brazylijczyk.
- Hej! Dawno się nie widzieliśmy... - zaironizował farbowany blondyn.
- Czeeeeść - odpowiedziałyśmy równo z uśmiechami.
- Masz rację, faktycznie strasznie dawno - ze śmiechem przyznałam mu rację, wkręcając się w zabawę.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo się stęskniłem! - teatralnie złapał się za serce.
   Chłopaki w ciszy dosiedli się do stolika, nie przerywając naszego przedstawienia. Oscar siedział na brzegu sofy, obok mnie, Eden wepchnął się między Kingę a Elizabeth, a Fernando nie przestając patrzeć się mi głęboko w oczy - obok Eli, na brzegu.
- Pablo, rozkochałeś mnie w sobie a potem opuściłeś, gdy cię potrzebowałam! Jak mogłeś? Jesteś okrutny, Pablo! - udawałam płacz i przyłożyłam lewą dłoń zewnętrzną stroną do czoła.
- Bianco, wybacz mi, proszę! Źle uczyniłem, wiem o tym. Andrea mnie uwiodła, nie potrafiłem się powstrzymać. Wybacz mi Bianco! Kocham cię! - rzucił się na kolana. Szukał czegoś w kieszeniach, ale po chwili chwycił ciastko ze stołu. - Czy wyjdziesz za mnie?
   Koniec. Nie wytrzymałam. Nikt nie wytrzymał. Cały nasz stolik zanosił się głośnym śmiechem, Camille schowała twarz w dłonie, Oscar prawie spadł na podłogę, a Elizabeth była już cała czerwona. Zauważyłam, że dzięki naszym wygłupom humor polepszył się nie tylko naszemu towarzystwu, ale całej kawiarence. Jakieś dwie nastolatki pękały ze śmiechu, czteroosobowa rodzinka również. Starsze małżeństwo patrzyło się na nas z szerokimi uśmiechami na twarzy i kręciło z dezaprobatą głową. Jedynie pewien chłopak w kapturze siedział cicho i przyglądał się nam uważnie. Nie widziałam jego twarzy, a szkoda.

Dom One Direction, godzina 18.20. 
Liam 
   Musiałem poważnie porozmawiać z Kasią. Miałem ku temu swoje powody. Oczekiwałem od niej wyjaśnień. Widziałem ją dziś. Z chłopakiem. Nie całowali się, tylko wygłupiali. Ale to nic nie zmienia, tak naprawdę. Była ze znajomymi, Kingę też widziałem. Mimo to, chciałbym, żeby informowała mnie o takich rzeczach...
   Poza tym, ze mną też jest problem. Coraz bardziej zbliżam się do Leigh-Anne. Z mulatką od imprezy rozmawiałem więcej niż ze swoją dziewczyną. Nie zdradziłem Kasi, oczywiście, ale... zastanawiałem się, czy pasujemy do siebie. Przeciwieństwa się przyciągają, ale żeby aż tak? Przecież ja jestem zrównoważonym człowiekiem, skoncentrowanym, spokojnym. A ona? Szalona, buntownicza, zanadto ambitna. Jest mi z nią dobrze, jej ze mną chyba też. Lecz czuję, że coś jest nie tak.
   Napisałem jej SMS. Na odpowiedź długo nie musiałem czekać. Martwi się o mnie? Raczej nie. Pyta co się stało? Też nie. Czuję się dziwnie...
   Szybko się przebrałem i ułożyłem włosy. Przeleciałem wzrokiem po pokoju. Znam jego każdy szczegół, każdy kąt. Często wyjeżdżamy z chłopakami w trasy, na urlopy... a jednak czuję się tu idealnie. Nie aż tak, jak w rodzinnym domu, aczkolwiek również cudownie. Mój wzrok zatrzymał się na szafce nocnej. Stała tam mała lampka, której swoją drogą nigdy nie używam, listy od fanek i pudełeczko owinięte w papier ozdobny. Tak... prezent dla mojej dziewczyny. Schowałem go do szafki, po czym ostrożnie ją zamknąłem. Siadłem na łóżku i głęboko westchnąłem. Zamknąłem oczy, aby się zrelaksować i wtedy przypomniało mi się coś. Wyciągnąłem spod łóżka futerał z gitarą. Delikatnie przetarłem dłonią wzdłuż instrumentu i uśmiechnąłem się pod wpływem wspomnień.

- Mamo, tort jest pyszny, ale mogę już otworzyć prezenty? - cieszył się słodki, dziesięcioletni chłopczyk.
- Oczywiście, syneczku - zaśmiała się kobieta.
- Daj, pomogę ci, niedojdo - nabijała się z niego trzynastoletnia brunetka.
- Nicole! To jego dzień, jego urodziny! Chociaż dzisiaj dajcie chłopakowi spokój - skarciła ją matka, przewracając oczami.
- Przepraszam, mamo! - wyszczerzyła się.
- Wow, klocki Lego! - ucieszył się chłopiec.
- Mój pomysł! - dumnie odrzuciła grzywkę dwunastoletnia blondynka.
- I piłka! Ale super, dziękuję! - zawołał radośnie. - Będę mógł ćwiczyć i będę lepszy od chłopaków!
- My cię tu już wyćwiczymy - siostry puściły mu oczko.
- Mamy jeszcze jeden prezent - poinformowała chłopca matka.
- Jeszcze? Jeju, dużo tego!
- Proszę - wręczyła mu duże pudło. Od razu zaczął rozrywać papier razem z równie zaciekawionymi, starszymi siostrzyczkami. 
- Gitara? Mamo, jesteś cudowna! Zawsze o niej marzyłem! Tylko kto mnie nauczy grać? - zmartwił się od razu.
- O to się nie martw, skarbie! Załatwimy ci lekcje - wyjaśniła ze szczerym i czułym uśmiechem jego rodzicielka. Chłopiec rzucił się jej z radości na szyję i obkręcili się wokół własnej osi.

   Ta gitara zawsze będzie mi przypominać moje pamiętne, dziesiąte urodziny. Kochana mamusia, zawsze chciała, żebym stawiał kroki w kierunku muzycznym. Ona jedyna we mnie wierzyła, gdy cała reszta zwątpiła. Nawet siostry już się ode mnie powoli odwracały, ale ona zawsze była przy mnie. Jestem z nią bardzo związany, ale rozumiem, że kariera przeszkadza w stałych kontaktach. Matka również, ale i tak staramy się rozmawiać codziennie. Jest najważniejszą kobietą w moim życiu. Kasia stoi zaraz u jej boku... chociaż sam już nie wiem.

Ta sama chwila, piętro niżej.
Kasia
   Byłam strasznie ciekawa, co się stało. Czasem nie umiałam zrozumieć Liama, ale tak to już jest. Jednym razem wystarczy jedno krótkie spojrzenie, a innym nawet po wyjaśnieniach nie wiadomo, o co tak naprawdę chodzi.
   Wyszłam z domu, uprzedzając o tym Szynakę. Szybkim krokiem szłam do chłopaków, rozmyślając. Może coś zrobiłam nie tak? Tylko co? Widzieliśmy się wczoraj, od tego czasu nic złego nie zrobiłam! Nie wiedząc kiedy, pokonałam całą drogę i już stałam pod odpowiednimi drzwiami z ręką uniesioną do dzwonka. Niepewnie go nacisnęłam, usłyszałam jak wewnątrz rozlega się donośny dźwięk.
- Już otwieram! Kasia? Co ty tutaj... - Harry gwałtownie otworzył drzwi.
- Też cię miło widzieć, Harold! - powiedziałam sarkastycznie.
- No cześć, cześć. Wchodź. Do Liama? - zapytał... ze znudzeniem?
- Taaak, podobno coś się stało i musimy pogadać - wyjaśniłam. - A tak w ogóle, to... TULIMY!
- Teletubisie mówią HEJOO - wybuchnęliśmy śmiechem, przytulając się. Chłopak podniósł mnie lekko i okręciliśmy się wokół własnej osi.
   Zostawiłam lokowatego w salonie i pobiegłam po schodach na górę. Zatrzymałam się przed drzwiami z przyczepioną jasnobrązową karteczką. Było na niej napisane "Daddy Direction!" a wokoło kilka żółwi i serduszek. Odruchowo spojrzałam na pozostałe drzwi. Na każdych było napisane i narysowane coś innego. Oni sami to zrobili, czy fanka?
   Wracając do tematu. Stałam przed tymi drzwiami i nie potrafiłam zapukać. Cała odwaga i pewność siebie odeszła, odleciała jakby z powiewem letniego wiatru. Wreszcie zebrałam się w sobie i już chciałam uderzyć delikatnie piąstką w drewno, lecz usłyszałam dźwięki gitary i cichy śpiew. Cicho utworzyłam drzwi i weszłam do środka, opierając się o nie plecami.

I had a dream the other night, / Pewnej nocy miałem sen,
About how we only get one life, / O tym, że mamy tylko jedno życie,
It woke me up right after two, / Obudziłem się po drugiej,
I stayed awake and stared at you , / Nie zasnąłem, wpatrywałem się w Ciebie,
So I wouldn’t lose my mind / Żeby nie zwariować.
 
   Uśmiechnęłam się czule widząc jego wczucie w to, co robi. Brał sobie słowa do serca, dokładnie myślał nad każdym akordem. Był idealny, jak zawsze.

You've got something I need, / Masz coś czego potrzebuję,
In this world full of people there’s one killing me / W świecie pełnym ludzi, jest coś co mnie zabija.
And if we only die once I wanna die with you / Jeżeli umrzemy tylko raz, chcę umrzeć razem z Tobą.

   Poczułam pieczenie pod powiekami. Zamrugałam kilkakrotnie, nie przestając się uśmiechać. A jeśli to do mnie?

If we only live once, I wanna live with you. / Jeśli mamy tylko jedno życie, chcę je przeżyć z Tobą.

   Dokończyliśmy razem. Liam prawie niedostrzegalnie podskoczył ze strachu. Szybko obrócił się w stronę drzwi, przy których stałam i lekko uśmiechnął na mój widok.
- Chciałeś pogadać, więc oto jestem - przywitałam się i usiadłam obok niego, dając całusa w policzek. Uśmiechnął się. Sztucznie. Nie było go stać na szczery i radosny gest. W jego oczach nie błyskały te iskierki, które tak bardzo mnie przyciągały. Mogłam w nich dostrzec jedynie smutek, obawę, niezdecydowanie? Nie potrafiłam go rozszyfrować. Unikał mojego wzroku. Coś go widocznie trapiło. Tylko co? Musiałam się jak najszybciej dowiedzieć. Nie chciałam, żeby był smutny. Kochałam patrzeć w jego cudowne, głębokie oczy, lecz gdy widziałam w nich ten cholerny smutek, diametralnie zmieniały się moje odczucia co do tego. Nienawidziłam. Jedyne czego zawsze chciałam w takich chwilach, jak ta, to rozweselenie go, przytulenie, pocałunek. Wszystko, byle już nie tryskał smutkiem w każdą stronę świata.
- Kochanie... co się stało? - jego humor od razu mi się udzielił.
- Kim był ten gościu w kawiarni? - zapytał bez ogródek.
- Który? - przewróciłam oczami.
- Ten z którym tak zawzięcie rozmawiałaś i się bawiłaś - powiedział poważnie i ostro.
- Nadal nie wiem, o którym mówisz. Było ich trzech.
- A co z nimi robiłaś? Dlaczego ja nic nie wiem? - pytał, nie czekając na odpowiedzi. - Nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakbym ci nie dawał spędzać czas z innymi, ale chciałbym wiedzieć chociaż, kim oni są - dodał, widząc moją minę.
- Od początku? Mam ci opowiedzieć cały dzień i jak doszło do tego spotkania? - spytałam. Pokiwał głową.
- Najlepiej.
- No to... dziś trening miałyśmy z chłopakami z Chelsea. Już wtedy trochę rozmawiałam z Oscarem, ale niezbyt długo. Potem dziewczyny chciały gdzieś wyjść, no to poszłam ja, Kinga, Camille i Elizabeth. Byłyśmy w kinie, na zakupach, a potem poszłyśmy do tej kawiarenki. Siedziałyśmy chwilę i doszedł do nas ten Oscar, Fernando Torres i Eden Hazard. Wszyscy to zawodnicy Chelsea. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, powygłupialiśmy się... Na koniec chcieli jeszcze odwieźć nas do domu, ale chciałam z Kingą się przejść - wytłumaczyłam mu wszystko. Nagle coś mnie tknęło.
- A skąd ty wiesz, że ja tam byłam?!? - dodałam z wyrzutem. - Śledzisz mnie, czy co?
- Zwariowałaś?!? Myślisz, że byłbym zdolny do czegoś takiego? - prychnął.
- Nie wiem czego mogę się po tobie spodziewać, skoro już masz wyrzuty i jesteś zazdrosny o każdego chłopaka. Może jeszcze powiesz, że kręcę z Harrym? - poderwałam się z łóżka.
- Nie zdziwiłbym się - syknął, kierując nienawistne spojrzenie w moją stronę.
- Jak możesz? - szepnęłam i wybiegłam z pokoju.
   Tego już było za wiele. Łzy bez mojego pozwolenia spływały po policzkach. Odnalazłam szybko drzwi z zieloną karteczką, na której było napisane "Hazza!" i narysowane dookoła kotki. Zapukałam mocno i gwałtownie. Dostałam pozwolenie, więc wpadłam do środka. Styles leżał na łóżku z głową w poduszce. Na mój widok poderwał się i podbiegł.
- Przytul - szepnęłam tylko i już wtulałam się w tors chłopaka, ciągle płacząc i mocząc mu przy tym koszulkę.
   O nic nie pytał, mimo, że był ogromnie ciekaw. To w nim uwielbiałam. Wiedział, że milczenie jest w tej chwili najlepsze, więc nie przerywał ciszy panującej między nami. Wcale nie była ona niekomfortowa, wręcz przeciwnie. Uspokajał mnie, gładząc przy tym moje włosy i przytulając do nich głowę.
- Co on ci zrobił? - odepchnął mnie, trzymając za ramiona. Cały czas patrzył mi głęboko w oczy. Sam był bliski płaczu.
- Liam nie potrafi mi zaufać, a to jest przecież najważniejsze w związku! Oskarża mnie, że zdradzam go z kolegami, bo byłam z nimi na kawie. A co najgorsze... powiedział w dodatku, że nie zdziwiłby się, gdybym jeszcze go zdradziła... z tobą - wyjaśniłam mu wszystko.
- Nie wierzę - szepnął Harry, kręcąc głową i przyglądając mi się. Rzuciłam mu się na szyję.
- Dziękuję. Za wszystko. Jesteś najlepszy - szepnęłam w jego obojczyk.
- Nie dziękuj. Jesteś dla mnie bardzo ważna, to mój i Payna obowiązek, by o ciebie dbać. A skoro on go zaniedbuje... - spojrzałam na niego uważnie.
- Jesteś cudowny - uśmiechnęłam się szeroko, patrząc w jego śliczne zielone oczy.
- Wiem przecież. W końcu jestem Harry Edward Styles urodzony dnia 1 lutego 1994 roku - puścił mi oczko i ucałował czule w czoło. - Posiedzisz jeszcze?
- Z tobą? Zawsze, wszędzie, o każdej porze dnia i nocy! - zaczęliśmy się śmiać.
- Ej, a może odwiedzimy nasze kaleki? - zaproponował, nadal nie mogąc powstrzymać śmiechu.
- Dobry pomysł! Jedźmy - mrugnęłam do niego i już po chwili siedzieliśmy w samochodzie, śpiewając piosenki z radia.

Szpital św. Anny, godzina 19.15.
Harry
   Dojechaliśmy już na szpitalny parking. Zgasiłem silnik i szybko opuściłem samochód, po czym obiegłem samochód i otworzyłem Kasi drzwi, jak na dżentelmena przystało. Wdzięcznie się do mnie uśmiechnęła i stanęła obok mnie. Weszliśmy do środka budynku. Powiedzieliśmy recepcjonistce kim jesteśmy, a ona podała nam numer sali Louisa. Niepotrzebnie, gdyż oboje doskonale go pamiętaliśmy. Wjechaliśmy windą na 3 piętro a następnie skierowaliśmy się na prawo. Kasia delikatnie zapukała do drzwi i je otworzyła. Zastaliśmy tak smacznie śpiącego Tomlinsona. Usiadłem na niewygodnym, plastikowym krzesełku zaraz obok łóżka, a blondynka rozłożyła się na małej sofie pod ścianą.
- I co teraz? Czekamy aż się obudzi? - zapytała szeptem.
- Chyba nie warto, chodźmy do Majki - odpowiedziałem trochę głośniej.
- Co nie warto?!? Ani mi się ważcie mnie opuszczać! Wiecie jak tu jest nudno tak leżeć całymi dniami? - podniósł się Louis.
- Stary, nie strasz mnie tak - skarciłem go.
- Nie taki stary, to tylko 3 lata różnicy! Wiesz co? Foch! Jak leci, Kasiu, Kasieńko, Kasiuleńko? - wyszczerzył się do niej.
- Ej! - oburzyłem się.
- Nie drzyj mordy, bo lekarz przyjdzie - upomniał mnie brunet.
- Jak się czujesz? - zapytała Kasia.
- Wspaniale, wręcz idealnie. Ale te chamy oczywiście wypuścić mnie nie chcą! Niestety... koncert zagracie beze mnie - posmutniał nagle. Westchnąłem niezadowolony.
- Proszę się uśmiechnąć, panie Tomlinson! To rzadki widok, jak jesteś smutny, ale jakoś nie mam go ochoty oglądać. No już, uśmieeech! - od razu się rozpromienił. Ja również, widząc próby ułożenia ust chłopaka w uśmiech.
- No i taki mi się podobasz, kotku - wysłałem mu buziaka w powietrzu.
- Ty mi się tam podobasz w każdym wydaniu, kochanie - puścił mi oczko.
- Co? - dziewczyna skamieniała. Jej mina była bezcenna. Czyżby wzięła na poważnie nasze wygłupy?
- Ej... ty serio... serio myślałaś... że my...? - spytałem między napadami śmiechu.
- O co ty nas oskarżasz? Obrażamy się! - stwierdził Louis i skrzyżował ręce na piersi, spoglądając w sufit. Zrobiłem to samo, dodatkowo zarzucając grzywką i zakładając nogę na nogę.
- Chłopaki, serio się teraz fochniecie? - Kasiek zrobił minę "no bez jaj!".
- Tak.
- No to co mam zrobić? - przewróciła oczami. W tym samym momencie pokazaliśmy z Lou na swoje policzki. Zaśmiała się donośnie z naszej zgodności.
- Ehkem - odchrząknąłem.
- Nadal czekamy - dodał Tommo.
- Louisie Wiliamie Tomlinsonie, chciałam ci przypomnieć o istnieniu takiej kobiety o imieniu Eleanor! - zauważyła z uniesionym palcem.
- Nie będzie zła, jestem pewien - uśmiechnął się zadziornie.
   Solka pokiwała głową z dezaprobatą i szybkim krokiem podeszła do Louisaa, po czym dała mu krótkiego całusa. Już chciała zrobić to samo ze mną, ale znacząco pokazałem na swoje nogi. Popatrzyła na mnie ze złowrogą miną, na co się tylko cwaniacko uśmiechnąłem. Usiadła mi na kolana, zarzuciła ręce na szyję i słodko pocałowała w policzek. Od razu twarz mi się rozjaśniła. Objąłem dziewczynę w pasie, dając do zrozumienia, że ma się nie ruszać. Rzuciła mi ostre spojrzenie, ale po dostrzeżeniu mojego szerokiego uśmiechu, złagodziła je. Teraz patrzyła na mnie z czułością. Oparła głowę na moim ramieniu i w takiej pozycji pozostaliśmy do końca odwiedzin u Louisa.

Dom One Direction, godzinę wcześniej
Liam
   Wybiegła. Zawaliłem sprawę, przesadziłem. Jak mogłem ją oskarżyć o coś takiego? Nie to chciałem zrobić, chciałem tylko, żeby zrozumiała. Zrozumiała, że jestem o nią zazdrosny przez tą miłość, że chciałbym wiedzieć, z kim ona się zadaje. Nie zasługuję na taką dziewczynę, skoro traktuję ją w ten sposób... Potrzebowałem teraz rozmowy. Musiałem się komuś wyżalić. Wszedłem na skype, wcześniej pisząc SMS do Leigh-Anne. Tak, ona jest zdecydowanie najlepszą osobą do pogadania w tej chwili. Nie dość, że pocieszy, to może coś doradzi? W końcu sama jest dziewczyną.
- Heeeej! - ucieszyła się na mój widok.
- Cześć - uśmiechnąłem się. - Mam problem, pomożesz?
- Oczywiście! Jeszcze się pyta... Co się stało?
- Pokłóciłem się z Kasią. Widziałem ją z jakimś kolesiem w kawiarni i chciałem sprostować sprawę, poprosić żeby mówiła mi z kim się spotyka i takie tam... A tymczasem się zdenerwowałem i jeszcze ją oskarżyłem, że... że mnie zdradza. W dodatku, że normalne dla niej byłoby, gdyby miała romans z Harrym... Boże, Leigh, co ja zrobiłem? - zapytałem rozpaczliwie.
- Liam... jako kobieta uważam, że powinieneś z nią porozmawiać i ją przeprosić. Bo tak nie myślisz, tylko ci się wyrwało? Tylko nie dziś, musisz dać jej ochłonąć. Umów się z nią na jutro.
- Tylko, że jutro jest koncert!
- Czy koncert trwa cały dzień i nie macie nawet kilku minut, żebyś do niej zadzwonił? Człowieku, chcesz się z nią pogodzić, czy nie? - zapytała ostrym tonem.
- No chcę... - grymas nie schodził mi z twarzy. - Wiesz co? Ja na nią nie zasługuję.
- Nie mów tak! - przerwała mi. - Jesteś wspaniałym, zabawnym, kochającym facetem. Potrafisz pocieszyć, jesteś zawsze rozważny i masz największe serducho ze wszystkich na świecie! Więc błagam cię, nie mów, do cholery, że na nią nie zasługujesz! Co najwyżej Kaśka nie zasługuje na ciebie jeśli tego nie dostrzega ani nie docenia!
   Siedziałem nieruchomo. Może Leigh ma rację?
- Serio twierdzisz, że taki jestem? - zapytałem zadziornie, zmieniając trochę temat. 
- No... wiesz... Pewnie nie ja jedna tak sądzę... - spuściła głowę. Zaśmiałem się.
- Miło!
- Mówisz, że jutro koncert. Jak samopoczucie? Gardełko gotowe?
- W pełni. Czuję się świetnie, na pewno nie zachoruję - uśmiechnąłem się.
- To świetnie! Fanki będą... - i nagle coś urwało. 
   Straciłem internet. No super! Zszedłem do naszego gabinetu na dole, gdzie mieliśmy ruter. Zepsuł się. Cudownie! Telefon mi się rozładował, a Zayn ma moją ładowarkę, więc tam na Skype nie wejdę. Zostało mi tylko jedno wyjście. Internet sąsiadów. Szybko wyszukałem dostępne sieci Wi-Fi na netbooku. "Julka1-3_1994" Serio? Zabezpieczona hasłem... Myśl, Payne, myśl! Julka to córka pana Collinsa urodzona w 1994 roku, więc hasło pewnie będzie coś z jego żoną. Jak ona się nazywała? Linda! Tylko, cholera, co dalej? A może pójdę do niego i zapytam o to hasło, a nie się będę włamywać? Taaa... to chyba lepszy pomysł. Wziąłem netbooka i wybiegłem z domu. Zadzwoniłem dzwonkiem przy furtce. Mężczyzna około czterdziestki z uśmiechem wyszedł mi na powitanie.
- Dzień dobry, Liam!
- Witam, panie Collins. Mam do pana pewną... nietypową prośbę - zacząłem niepewnie.
- Jaką? - zachęcił do mówienia.
- Ruter od internetu nam się zepsuł i... czy mógłby pan wpisać mi hasło w netbooku?
- Ależ oczywiście! Żaden problem. Nawet mogę ci zapisać to hasło, to reszta chłopaków będzie mogła się podłączyć. Naprawdę, to żaden problem! - uśmiechnął się życzliwie.
- O, dziękuję panu! Życie nam pan uratował - zaśmialiśmy się obydwaj. 
- Hasło to LindusiaLove73, zapisz sobie - uśmiechnął się, a ja wróciłem do domu. Tak, mogłem się spodziewać czegoś takiego...

Dom dziewczyn, godzina 18.30
Kinga
   Kasia gdzieś sobie poszła, zostawiła mnie samą... nudzi mi się! Weszłam na Twittera. Nie mogłam uwierzyć, w to, co tam zobaczyłam. Wszystkie Directioners już chyba wiedzą, że jestem dziewczyną Nialla. Zrobiły mi akcję #DirectionersShippNinga. Jeju, jak słodko! Przybyło mi mnóstwo nowych followersów. Napisałam tweeta z podziękowaniami. Tak szczerze, to nie myślałam, że fani chłopców przyjmą mnie z otwartymi ramionami. Bałam się hejtów, gróźb... ale jest świetnie. Już chwyciłam telefon, by napisać o tym Niallowi, gdy zaczął wibrować. O wilku mowa, dzwonił Horan.
- Halo?
- Cześć, kochanie! Siedzisz właśnie w swoim pokoju i się nudzisz, bo Kaśka wyszła, zgadłeeem? - mówił tak szybko, że ledwo go zrozumiałam.
- Jesteś medium, czy co? Zgadza się - zaśmiałam się do telefonu, krążąc wzrokiem po pokoju.
- Pójdziemy do kina? Proooszęęęę - już widziałam te jego słodkie oczka. 
- Ty się jeszcze pytasz? Oczywiście! - ucieszyłam się. - Ej, widziałeś akcję na Twitterze?
- Jaką akcję? - zdziwił się.
- Directionerki już wszystko o nas wiedzą, one chyba są jakimiś ninja.
- Ale jaka to akcja? - dopytywał.
- Wejdziesz na Twittera to zobaczysz. Przy okazji możesz dać komuś follow. Tak ode mnie, bo cię proszę - uśmiechnęłam się słodko, mimo że blondyn nie mógł tego dostrzec.
- No dobra, dobra - naburmuszył się trochę.
- To ja się przebiorę i do was podskoczę, ok?
- Dobrze, czekam w takim razie - wysłał mi całuska i się rozłączył. Ech, cały Niall. Wiecznie w biegu, nic na spokojnie...
   Wyjęłam z szafy wygodne ubrania. Uśmiechnęłam się na sam widok bluzki, tak bardzo przypominała mi czasy, kiedy marzyłam by mieć chociaż autograf Nialla. A teraz? Teraz mam jego numer, dzwonimy do siebie cały czas... no i przede wszystkim jest moim chłopakiem! Teraz do mnie dotarło, jak bardzo to jest nieprawdopodobne, jak wielkie mam szczęście mając go przy boku. Co druga nastolatka na świecie pewnie mi teraz zazdrości. Wiele dałoby wszystko, żeby ich chociaż zobaczyć na żywo, a co dopiero znać i przyjaźnić się z nimi... 
   Przebrałam się szybko i związałam włosy w wysokiego kucyka. Zrobiłam delikatny makijaż i zeszłam na dół. 
- Telefon jest, chusteczki są, tusz do rzęs jest, błyszczyk jest, klucze są... Chyba wszystko mam - wzruszyłam ramionami i zamknęłam drzwi od zewnątrz. Ruszyłam spokojnym krokiem, lustrując uważnie okolicę i wdychając świeże powietrze. Przyglądałam się uważnie każdemu przechodniowi, których było tutaj niewielu. No tak, mieszkamy w spokojnej części miasta. Wyszłam na główną ulicę. Świat się zmienił. Mnóstwo samochodów i przechodniów, hałas, mocny zapach kawy ze Sturbucks... Miałam ochotę się napić, ale to bez sensu. Może namówię Nialla, żebyśmy tutaj zaszli? Moje przemyślenia przerwały pewne dwie dziewczyny.
- Przepraszam! Kinga? Kinga Szynaka? - zapytała jedna.
- Tak... a o co chodzi? - byłam zdezorientowana.
- Możemy z tobą zdjęcie? - poprosiła druga.
- Prosimy! - dodała druga z podekscytowaniem.
- Jasne - otworzyłam szerzej oczy ze zdumienia, ale po chwili już robiłam głupie miny do aparatu.
- Dzięki! - pisnęła, ukazując słodkie dołeczki.
- Masz dołeczki prawie jak Harry - zażartowałam.
- Nie no, aż takie boskie nie są - zaśmiała się.
- Ogólnie to Niall jest mój, ale z taką fajną dziewczyną jak ty, mogę się podzielić - puściła mi oczko ta druga, na co wszystkie wybuchnęłyśmy śmiechem.
- Przepraszam, śpieszę się. Paaa! - pożegnałam się i odeszłam, machając im. To uczucie, gdy podchodzą do ciebie nieznajome osoby i proszą o zdjęcie czy autograf jest takie... inne, cudowne, nadaje chęć do życia. Chociaż z chłopakami nie chciałabym się zamieniać. Ich już te fanki dręczą czasem. Przesadzają. 
   Chwilę później już skręcałam w ulicę chłopaków. Puściłam sygnał do Horana na znak, żeby wyszedł przed dom. Zrobił to zdecydowanie szybciej, niż się spodziewałam, przez co rozglądał się dookoła, aby mnie dostrzec. Ale fajtłapa mnie nie zauważyła. Rozpędziłam się najbardziej jak mogłam i wskoczyłam mu na plecy, w momencie kiedy się odwrócił.
- 1:0 dla mnie, Horan! - nabijałam się z niego. 
- Wiesz co? Foch - zrobił obrażoną minę i puścił moje nogi. Nie przemyślał chyba tego, ponieważ boleśnie upadłam na chodnik.
- Ałłł - syknęłam.
- Boże, kochanie! Nic ci się nie stało? Przepraszam! - ukucnął obok mnie z przerażoną miną. Zaśmiałam się z jego troski.
- Tylna część ciała mnie troszkę boli, ale jest w porządku - wybuchnęliśmy śmiechem. Blondyn wstał i podał mi rękę przyciągając do siebie i całując. Uśmiechnęłam się słodko do chłopaka.
- Kocham cię, wiesz? - szepnął mi prosto do ucha, nie mając zamiaru powiększyć odległości między nami. 
- Wiem, ale ja ciebie mocnej - dałam mu krótkiego całusa.
- Nie byłbym taki pewny - puścił mi oczko, odsuwając się krok do tyłu.
- Idziemy?
- Oczywiście - złapał mnie za rękę i ciągle się uśmiechając prowadził na przód. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Z jednej strony on jest takim małym, słodkim skrzacim dzieckiem. Z drugiej... dojrzałym, przystojnym Irlandczykiem. Te dwie grupy cech są sobie kompletnie przeciwne, a jednak on ma je wszystkie na raz. Niemożliwe, lecz mimo wszystko prawdziwe. Niall jest zabawny, pomocny, miły, przyjacielski, wrażliwy, szczery, kochany... czego chcieć więcej? W dodatku te jego cudowne, niebieskie oczy. Skoro ideały nie istnieją, to jakim cudem Horan jest prawdziwy?
- O czym tak myślisz?
- O tobie. Właśnie stwierdziłam, że jesteś idealny - wyznałam. Z uśmiechem spuścił głowę. Pocałowałam go w policzek. Spojrzał na mnie i wpatrywał się we mnie. Oblizałam zaschnięte wargi. Uznał to za znak (nie przeczę, że tak nie było) i wpił się w nie zachłannie, stając w miejscu. 
- Masz takie śliczne oczy, cudowne. Wiesz o tym? - spytał trzymając mój podbródek.
- Niebieskie oczy mają to do siebie, że są ładne - zaśmiałam się i dałam mu przelotnego całusa. - Chodźmy już! Nie mogę się doczekać, na jaki film pójdziemy!
   W kinie byliśmy po około 10 minutach. Kilka fanek nas po drodze zatrzymywało. Niektóre życzyły nam szczęścia, a inne kleiły się do Nialla łypiąc na mnie nienawistnym spojrzeniem. Nie obchodziło mnie to, bo niby po co mam przejmować się cudzą opinią? Gdy byliśmy już w środku budynku i naradzaliśmy się, jaki film obejrzeć, zauważyłam w dali biegającego chłopczyka. Był zdezorientowany, jakby się zgubił. W pewnym momencie się przewrócił i zaczął cicho płakać. Podbiegłam do niego i przykucnęłam obok.
- Wszystko w porządku? Co się stało? Zgubiłeś się?
- Kolano mnie boli... Nie wiem, gdzie jest mój brat z dziewczyną... Stali tam i teraz ich nie ma - tłumaczył bezradnie.
- Daj, pomasuję - uśmiechnęłam się przyjaźnie. - Jestem Kinga, a ty jak masz na imię?
- Lucas, miło mi cię poznać - wystawił rękę w moją stronę, szybko ją uścisnęłam.
- Idziemy poszukać brata? - zaproponowałam. Przytaknął głową. - Jak oni wyglądali?
- Jaden Smith. Kojarzysz?
- Taaak - odpowiedziałam zdezorientowana.
- To on - mrugnął do mnie. Byłam zszokowana.
- Huh, ok. Tak więc pędzimy na poszukiwania! - wzięłam chłopca na ręce. Migowo przekazałam Horanowi, że zaraz wrócę, ale uparcie podbiegł do mnie i Lucasa.
- Nazywam się Niall - uśmiechnął się do chłopca.
- Lucas - odwzajemnił gest.
- Szukamy Jadena Smitha, to jego brat - wyjaśniłam.
- Spoko. Lucas, wskakujesz do mnie na barana? - zaproponował blondyn. Młody Smith energicznie pokiwał głową. Oddałam go w ręce mojego chłopaka. Wyglądali słodko.
- Jaden na celowniku! - krzyknął mały w pewnym momencie. Wybuchnęłam głośnym śmiechem.
- Widzisz go? Gdzie? - nie zapominał o naszej misji blondasek.
- Tam, na ławce - pokazał palcem przed siebie. Podeszliśmy do nastolatka i jego dziewczyny.
- Ładnie to tak pozbywać się brata? - zaczepiłam go z szerokim uśmiechem. - Kinga - wyciągnęłam dłoń.
- Jaden - uścisnął ją delikatnie. 
- Kinga - uśmiechnęłam się również do dziewczyny.
- Kylie - przywitała się od niechcenia. Niall również serdecznie przywitał się z parą i "oddał" im chłopczyka. 
- Mogę... mogę prosić o zdjęcie? - zapytałam niepewnie starszego Smitha.
- Jasne - uśmiechnął się szeroko. Kylie zrobiła nam dwa zdjęcia - jeden moim telefonem, a drugi jego. 
- Dzięki. Mam nadzieję do zobaczenia! - pożegnaliśmy się. Szybko z Niallem pobiegliśmy po popcorn i colę, gdyż mieliśmy już tylko 5 minut do rozpoczęcia seansu. Jak na złość, kolejka była długa. Nie mogliśmy odpuścić, przecież film w kinie bez tych przysmaków to jak impreza bez muzyki. Wreszcie po kilku minutach dostaliśmy swoje zamówienie. Jak szaleni wbiegliśmy na salę kinową, popychając się na boki. Na szczęście jeszcze leciały reklamy. Nie mogliśmy znaleźć naszego miejsca, ale chwilę później już siedzieliśmy wtuleni w siebie podjadając sobie nawzajem popcorn. Okazało się, że blondyn wybrał "Piękne istoty". Nie miałam zaszczytu oglądać tego wcześniej, ale widziałam zwiastuny w telewizji. Od początku chciałam się wybrać na ten film, a Horan dał mi taką możliwość. 

- I jak się podobało? - zapytał mnie gdy wyszliśmy już na dwór.
- Jeju, to było świetne! Jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam. Pewnie obejrzę go jeszcze z tysiąc razy - zaśmiałam się. Zadrżałam lekko pod wpływem zimna, co nie umknęło uwadze chłopaka.
- Zimno ci - bardziej stwierdził niż spytał. Zdjął swoją bluzę i okrył nią moje ramiona. Objął mnie w pasie, przyciągając mocno do siebie. Oparłam głowę na jego ramieniu. Było już bardzo ciemno, latarnie dawały słabe światło. Księżyc odbijał swój blask w tych ślicznych, głębokich, niebieskich oczach chłopaka, które tak bardzo kochałam. Kochałam jego.

Autorka
   Zakochani spacerowali tak beztrosko po ulicach Londynu. Liczyli się tylko oni, nic poza tym. Tak twierdzili. Może jednak zmieniliby zdanie, gdyby dowiedzieli się, że pewien chłopak, ich przyjaciel, właśnie walczy o życie, a oni nic z tym nie robią?

*****************************
Kompletnie mi się nie podoba.  :/
Sorry, że nie ma nic praktycznie o Majce i Maliku, następnym razem postaram się więcej napisać :c
Do następnego xx


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz