Szpital św. Anny, godzina 5.50.
Oczami Louisa.
Obudziłem się. Chwila, to ja się kładłem spać? Otworzyłem z trudem oczy. Czułem się jak po grubym melanżu. Chociaż w sumie, to po nim byłem... Ale coś jest nie tak. Dlaczego wszędzie jest tak jasno? Widzę coś, ale nie jestem w stanie zidentyfikować co. Wszystko dookoła jest takie rozmazane. Zamknąłem oczy. Światło raziło mnie, więc nie widziałem sensu się męczyć. Spróbowałem coś sobie przypomnieć. Nic. Totalna pustka. Nagle coś mnie ruszyło. Światło... światło! Tak, to jest to! Impreza, powrót w środku nocy... światło, a zaraz po nim ciemność.
Jeszcze raz spróbowałem otworzyć oczy. Z trudem, ale się udało. Pierwsze, co zauważyłem, to Zayna i Harrego siedzących przy moim łóżku.
- Jestem w szpitalu? Miałem wypadek, tak? - wymamrotałem. Nagle poczułem ogromny ból w prawej ręce. Spojrzałem na nią, z trudem podnosząc bolącą głowę. - Co z tym?
- Tak... jesteś w szpitalu, mieliście wypadek. Masz złamaną rękę i silne obicie czaszki - wyjaśnił mi Styles, a na koniec westchnął.
- Masz szczęście, że nie wykryto guza mózgu, ani nic takiego - dodał Malik.
- A co z dziewczynami? - zapaliła mi się nagle czerwona lampka.
- Kinga jest tylko poobijana, bo siedziała z tyłu, za tobą. Samochód uderzył bardziej w przód... wręcz w drzwi Majki... - ostatnie słowa wyszeptał Hazza.
- Ale co z Majką?!? Żyje, prawda? - przestraszyłem się. Spojrzeli na siebie.
- Tak - mruknął lokowaty chłopak.
- Nie przebudziła się po operacji... Lekarz nie wie, czy się przebudzi - szepnął Zayn, któremu zaszkliły się oczy. Mi od razu łzy spłynęły po policzkach. Zależało mi na niej. Tak bardzo zależało...
- Boże, to niemożliwe... Niech to będzie tylko sen - ledwo słyszalnie szeptałem, choć miałem ochotę krzyczeć na cały głos.
- Też byśmy tego chcieli. Każdy by tego chciał - stwierdził Harry.
- Chłopaki! Ogarnijmy się, bo gadamy, jakby ona już umarła! Żyje i wybudzi się! Ja to... czuję - ostatnie słowo Zayney dodał niepewnie, w przeciwieństwie do reszty.
- Jak to czujesz? - nie rozumiałem.
- Mam wrażenie... że coś mnie z Majką łączy. Nie mam pojęcia co, ale się dowiem. Może tak po prostu mam takie przeczucia... lecz czuję, że to coś większego - mamrotał.
- Ok, to dziwne - uniósł jedną brew Hazza.
- Masz rację. Ale pogadajmy o czymś innym, dobra? - zaproponowałem.
- O, już się Pan obudził! - do sali wszedł uśmiechnięty doktor. Radość tryskała od niego na kilometr, nie mogłem nie odwzajemnić tego gestu.
- Tak, jak widać.
- Dawno? - uniósł brwi do góry.
- Jakieś 5 - 10 minut temu - odpowiedział za mnie Harold, ukazując swoje dołeczki.
- Czyli przyszedłem w samą porę - zaśmiał się lekarz. - A jak się pan czuje?
- Dobrze. Ale strasznie boli mnie ręka, no i nie mogę za bardzo podnosić głowy - skrzywiłem się.
- Ach, miał Pan barzo obity tył czaszki, Panie Tomlinson, więc to normalne, niczego innego nie można oczekiwać. Zapewne jutro głowa już przestanie boleć, a jeśli chodzi o rękę... będzie trzeba przetrzymać 2 tygodnie w gipsie - wyjaśnił mi wszystko.
- Rozumiem. A kiedy będę mógł wyjść ze szpitala? - dopytałem.
- Pojutrze mamy koncert! - spanikował nagle Malik.
- Niestety, ciężko będzie aby Pan Tomlinson mógł wyjść do tego czasu. Możliwe będzie to dopiero za jakieś 5 dni, gdy wszystko przebadamy i zyskamy pewność, że wszystko jest w porządku. Naprawdę mi przykro, ale ten koncert będą Panowie musieli zagrać bez kolegi - wzruszył bezradnie ramionami.
- Na pewno nie da się tego przyspieszyć? Albo żeby Louis po prostu wyszedł na koncert, a potem wrócił na badania? - Harry proponował wszystko, co mu przyszło na myśl. Ja milczałem.
- Druga opcja jest bardziej możliwa. Jutro Panowie przyjdą?
- Oczywiście!
- Więc jutro przedstawię Panom całą sytuację. Dziś jedyne co mogę obiecać, to że zrobimy wszystko aby wystąpił Pan na koncercie - zwrócił się do mnie.
- Dziękuję - uśmiechnąłem się, a doktor wyszedł.
- Cholera jasna, musisz być na koncercie! - denerwował się Zayn.
- Już wyluzuj. Zrobią wszystko, to zrobią wszystko. Jak nie wyjdzie, to ten jeden koncert będzie beze mnie. Dacie sobie radę, wierzę w was - uśmiechnąłem się pewnie.
- Ale koncert One Direction bez ciebie, to już nie jest koncert One Direction! - oburzył się Harold.
- Prawdziwe Directioners zrozumieją sytuację - upierałem się.
- A skąd będą o wszystkim wiedzieć? Przecież jeśli powiemy w wywiadzie, że jesteś w szpitalu, będą chciały znać powód! - krzyknął lokowaty.
- Uspokój się, to porozmawiamy. Powiecie w wywiadzie prawdę. No może nie całą... Powiecie, że wracałem z imprezy i jakiś gostek we mnie wjechał. Pominiecie, że byłem tam z dziewczynami, żeby ich o to nie osądzały - wyjaśniłem spokojnie.
- Uhhh... niech ci będzie - przewrócił oczami Zayn.
- Która godzina? - zapytałem.
- Szósta rano - odpowiedział Harry. Dopiero teraz zauważyłem jego podkrążone i zmęczone oczy.
- Wy trochę spaliście? - zapytałem podejrzliwie.
- On tak, ja nie - westchnął Malik, zamykając oczy i odprężając się.
- Czyli przyjechałeś tutaj prosto z klubu? Dla mnie? Awww jak słodziutko! - zaśmiałem się. - A teraz won mi do domu, musicie się wyspać!
- Nie mam siły wstać - jęknął mulat.
- Ruszaj dupe! Już, spadać, odwiedzicie mnie po południu. Naraaaa! - wyganiałem ich ze śmiechem. Pożegnaliśmy się i wyszli.
Jeszcze raz spróbowałem otworzyć oczy. Z trudem, ale się udało. Pierwsze, co zauważyłem, to Zayna i Harrego siedzących przy moim łóżku.
- Jestem w szpitalu? Miałem wypadek, tak? - wymamrotałem. Nagle poczułem ogromny ból w prawej ręce. Spojrzałem na nią, z trudem podnosząc bolącą głowę. - Co z tym?
- Tak... jesteś w szpitalu, mieliście wypadek. Masz złamaną rękę i silne obicie czaszki - wyjaśnił mi Styles, a na koniec westchnął.
- Masz szczęście, że nie wykryto guza mózgu, ani nic takiego - dodał Malik.
- A co z dziewczynami? - zapaliła mi się nagle czerwona lampka.
- Kinga jest tylko poobijana, bo siedziała z tyłu, za tobą. Samochód uderzył bardziej w przód... wręcz w drzwi Majki... - ostatnie słowa wyszeptał Hazza.
- Ale co z Majką?!? Żyje, prawda? - przestraszyłem się. Spojrzeli na siebie.
- Tak - mruknął lokowaty chłopak.
- Nie przebudziła się po operacji... Lekarz nie wie, czy się przebudzi - szepnął Zayn, któremu zaszkliły się oczy. Mi od razu łzy spłynęły po policzkach. Zależało mi na niej. Tak bardzo zależało...
- Boże, to niemożliwe... Niech to będzie tylko sen - ledwo słyszalnie szeptałem, choć miałem ochotę krzyczeć na cały głos.
- Też byśmy tego chcieli. Każdy by tego chciał - stwierdził Harry.
- Chłopaki! Ogarnijmy się, bo gadamy, jakby ona już umarła! Żyje i wybudzi się! Ja to... czuję - ostatnie słowo Zayney dodał niepewnie, w przeciwieństwie do reszty.
- Jak to czujesz? - nie rozumiałem.
- Mam wrażenie... że coś mnie z Majką łączy. Nie mam pojęcia co, ale się dowiem. Może tak po prostu mam takie przeczucia... lecz czuję, że to coś większego - mamrotał.
- Ok, to dziwne - uniósł jedną brew Hazza.
- Masz rację. Ale pogadajmy o czymś innym, dobra? - zaproponowałem.
- O, już się Pan obudził! - do sali wszedł uśmiechnięty doktor. Radość tryskała od niego na kilometr, nie mogłem nie odwzajemnić tego gestu.
- Tak, jak widać.
- Dawno? - uniósł brwi do góry.
- Jakieś 5 - 10 minut temu - odpowiedział za mnie Harold, ukazując swoje dołeczki.
- Czyli przyszedłem w samą porę - zaśmiał się lekarz. - A jak się pan czuje?
- Dobrze. Ale strasznie boli mnie ręka, no i nie mogę za bardzo podnosić głowy - skrzywiłem się.
- Ach, miał Pan barzo obity tył czaszki, Panie Tomlinson, więc to normalne, niczego innego nie można oczekiwać. Zapewne jutro głowa już przestanie boleć, a jeśli chodzi o rękę... będzie trzeba przetrzymać 2 tygodnie w gipsie - wyjaśnił mi wszystko.
- Rozumiem. A kiedy będę mógł wyjść ze szpitala? - dopytałem.
- Pojutrze mamy koncert! - spanikował nagle Malik.
- Niestety, ciężko będzie aby Pan Tomlinson mógł wyjść do tego czasu. Możliwe będzie to dopiero za jakieś 5 dni, gdy wszystko przebadamy i zyskamy pewność, że wszystko jest w porządku. Naprawdę mi przykro, ale ten koncert będą Panowie musieli zagrać bez kolegi - wzruszył bezradnie ramionami.
- Na pewno nie da się tego przyspieszyć? Albo żeby Louis po prostu wyszedł na koncert, a potem wrócił na badania? - Harry proponował wszystko, co mu przyszło na myśl. Ja milczałem.
- Druga opcja jest bardziej możliwa. Jutro Panowie przyjdą?
- Oczywiście!
- Więc jutro przedstawię Panom całą sytuację. Dziś jedyne co mogę obiecać, to że zrobimy wszystko aby wystąpił Pan na koncercie - zwrócił się do mnie.
- Dziękuję - uśmiechnąłem się, a doktor wyszedł.
- Cholera jasna, musisz być na koncercie! - denerwował się Zayn.
- Już wyluzuj. Zrobią wszystko, to zrobią wszystko. Jak nie wyjdzie, to ten jeden koncert będzie beze mnie. Dacie sobie radę, wierzę w was - uśmiechnąłem się pewnie.
- Ale koncert One Direction bez ciebie, to już nie jest koncert One Direction! - oburzył się Harold.
- Prawdziwe Directioners zrozumieją sytuację - upierałem się.
- A skąd będą o wszystkim wiedzieć? Przecież jeśli powiemy w wywiadzie, że jesteś w szpitalu, będą chciały znać powód! - krzyknął lokowaty.
- Uspokój się, to porozmawiamy. Powiecie w wywiadzie prawdę. No może nie całą... Powiecie, że wracałem z imprezy i jakiś gostek we mnie wjechał. Pominiecie, że byłem tam z dziewczynami, żeby ich o to nie osądzały - wyjaśniłem spokojnie.
- Uhhh... niech ci będzie - przewrócił oczami Zayn.
- Która godzina? - zapytałem.
- Szósta rano - odpowiedział Harry. Dopiero teraz zauważyłem jego podkrążone i zmęczone oczy.
- Wy trochę spaliście? - zapytałem podejrzliwie.
- On tak, ja nie - westchnął Malik, zamykając oczy i odprężając się.
- Czyli przyjechałeś tutaj prosto z klubu? Dla mnie? Awww jak słodziutko! - zaśmiałem się. - A teraz won mi do domu, musicie się wyspać!
- Nie mam siły wstać - jęknął mulat.
- Ruszaj dupe! Już, spadać, odwiedzicie mnie po południu. Naraaaa! - wyganiałem ich ze śmiechem. Pożegnaliśmy się i wyszli.
Oczami Liama.
Nigdy nie zapomnę widoku, który widziałem dzisiejszej nocy. Zgnieciony od jednej strony samochód, leżący na dachu zaraz obok rowu. Od razu wtedy zadzwoniłem na pogotowie. Czekałem, aż przyjadą, dopiero później odwiozłem Kasię i Nialla, którzy zdecydowanie by przeszkadzali. Zayna nie zostawiałem, bo otrzeźwiał, gdy to wszystko zobaczył. Napisałem też SMS do Harrego, kazał mi po siebie przyjechać.
Gdy mogliśmy już odwiedzać całą 3, weszliśmy na chwilę do Mai. Była nieprzytomna, nie zapowiadało się, że się obudzi. Chłopaki weszli dosłownie na sekundkę do Kingi i pognali do Louisa. Ja z Szynką zostałem chwilę dłużej.
- Jak się czujesz? - zapytałem troskliwie.
- Tak szczerze, to mam wrażenie jakbym spadła z łóżka. Wszystko mnie boli, wszędzie mam siniaki, ale jest dobrze - zaśmialiśmy się.
- No to czyli jest ok. Rozmawiałem z lekarzem, powiedział, że dziś wieczorem już będziesz prawdopodobnie mogła wyjść. Tylko muszą ci jeszcze jakieś badania zrobić - uśmiechnąłem się.
- Wow, strasznie szybko - zdziwiła się. - Ej, właśnie! Co z Majką i Louisem?
- Do Louisa zaraz idę, nie widziałem go jeszcze, więc nie wiem. Maja jest nadal nieprzytomna. Doktor mówi, że małe są szanse na jej przebudzenie do wieczora. Jutro przyjdziemy, może się wybudzi do tego czasu - westchnąłem smutny.
- Hej, nie bądź smutny! Ona sobie poradzi! To dzielny Marcinek! - pocieszyła mnie.
- Dlaczego Marcinek? - zdziwiłem się ze śmiechem.
- A nie wiem, jakoś tak. Lubię to imię - wzruszyła ramionami i wybuchnęliśmy śmiechem. Zły humor już minął, Kinga zdolna bestia!
- Obrazisz się, jak do niej teraz pójdę?
- Zostawisz mnie tu samą? Zdaną na pastwę losu? Zdrajco! - krzyknęła z udawanym płaczem jednocześnie mnie znowu rozśmieszając, po czym dodała: - Jasne, leć do niej. Tylko mi się tam nie załamuj, ona jest serio dzielna!
- Dobra, dobra, rozumiem - uśmiechnąłem się szeroko i skierowałem się do drzwi białej sali.
- Liam? - zatrzymała mnie jeszcze.
- Tak?
- Wszyscy jesteście tutaj? - zapytała z ciekawością.
- Nie.. Kasia i Niall zostali w domu. Odpływali, więc tylko by przeszkadzali. Ale wieczorem jeszcze do was na pewno wpadniemy, a wtedy już ich siłą wyciągnę! - obiecałem, a dziewczyna się lekko zaśmiała.
- No dobra, leć już. Paaa - pożegnaliśmy się i wyszedłem na korytarz. W tym samym czasie z sali obok wyszli chłopcy.
- Poczekacie chwilę na mnie? Muszę jeszcze do Lou i na sekundę do Mai...
- Ok, to my idziemy do Kingi - zaproponował Harry. Tak też zrobiliśmy.
- Hej, stary! Jak tam? - przywitałem się z nim.
- Nawet dobrze, tylko głowa i ręka... Tamci ci nie przekazali mojego rozkazu? - przybrał ton władcy świata.
- Jakiego rozkazu? - parsknąłem śmiechem.
- Macie iść do domu i się wyspać - zaśmiał się.
- Jak uważasz, miłościwy królu - ukłoniłem się, po czym oboje się zaśmialiśmy.
- Ale serio, musicie się wyspać. Na razie! - z nim również się pożegnałem, obiecując, że wieczorem wrócimy.
Zajrzałem jeszcze na chwilę do Majki. Leżała na tym łóżku taka bezbronna. Wyglądała mizernie, jej karnacja nie była tak intensywna jak zawsze. Usta się nie uśmiechały w swoim zwyczaju. To była zupełnie inna Majka. Usiadłem na chwilę obok niej i złapałem za rękę.
- Trzymaj się, mała. Wierzę w ciebie, obudzisz się. Wieczorem przyjdę a ty będziesz się już śmiała jak opętana. Wierzę w to - wyszeptałem z uśmiechem i opuściłem salę. Razem z chłopakami wróciliśmy do domu i szybko poszliśmy spać. Każdy był okropnie zmęczony, z chęcią przespalibyśmy cały dzień.
Dom One Direction, godzina 15.00.
W pierwszej kolejności po obudzeniu umyłem zęby i poszedłem pod prysznic. W samym ręczniku przewiązanym na biodrach wyszedłem z łazienki do pokoju. Stanąłem przed szafą, szukając jakichś ciuchów, gdy drzwi się otworzyły.
- Hej, Liaś, gdzie macie...? - zaczęła mówić ledwo żywa Kasia, gdy spojrzała na mnie i przerywając swoją wypowiedź się uśmiechnęła.
- Co gdzie mamy? - udałem, że nie widzę, jak pożera mnie wzrokiem. Podeszła do mnie, przytuliła od tyłu i zaczęła całować po szyi.
- Już nic, nieważne - szepnęła.
- Kochanie, przestań. Nie mam humoru na takie gierki - burknąłem. - Co chciałaś?
- Tabletki na kaca... - jęknęła niezadowolona.
- Zaraz ci pokażę, tylko się ubiorę - obiecałem, wyjmując z szafy zwykłe ciuchy. Dziewczyną przytaknęła i rzuciła się na moje łóżko.
- A tak właściwie to co się stało? Co ci popsuło humorek? - zrobiła smutną minkę, ale wiedziałem, że na serio jest ciekawa i troszkę się martwi.
- Prosto z mostu? - westchnąłem, zakładając w międzyczasie
- Yhym.
- Majka, Lou i Kinia mieli w nocy wypadek. Są w szpitalu, z czego Kinga dzisiaj wieczorem wyjdzie, a Majka się nadal nie obudziła - wyjaśniłem szczerze. Dziewczynie oczy zaszły łzami.
- Jak to? - wyszeptała i zaczęła płakać. Szybko do niej podszedłem i mocno przytuliłem.
- Kochanie, spokojnie. Maja z tego wyjdzie... to dzielny Marcinek - uśmiechnąłem się.
- Jaki Marcinek? O czym ty do mnie mówisz? - uniosła do góry brew, nie rozumiejąc.
- Kinga tak wymyśliła. Majka o tym jeszcze nie wie, ale ma nową ksywkę.
- Aaaaa, ok - zaśmiała się delikatnie.
- Już ok? - ciepło się do niej uśmiechnąłem. Pocałowała mnie.
- Teraz już tak - puściła mi oczko. - Pokażesz, gdzie te tabletki? Bo wiesz, nie żeby coś, ale zdycham!
- Jasne, chodź - zaśmiałem się z dezaprobatą.
Będąc już na dole, postanowiłem coś zjeść, bo wprost umierałem z głodu. Zdecydowałem się na zwykłe płatki z mlekiem. Szybko spożyłem posiłek i poszedłem na górę obudzić już Nialla. Ja rozumiem, że jest po imprezie, ale żeby tak spać do 16? Nie ładnie! Szybko pobiegłem na górę i wszedłem do pokoju chłopaka. Siłą ściągnąłem go z łóżka i wysłałem pod prysznic. Potem postanowiłem iść sprawdzić, czy moje kochanie wstało. Nie było jej w pokoju, brała pobudzający prysznic.
- Co to jest? - zapytałem sam siebie, sięgając po pudełko leżące na stoliku nocnym. Otworzyłem je. W środku były różne drobiazgi typu. pudełeczko po tic-tacach, wizytówka, bransoletka... a do każdej z tych rzeczy doczepiona karteczka z jakimś imieniem. Stwierdziłem, że potem zapytam się Kasi o co chodzi. Odłożyłem pudełko na miejsce i położyłem się na łóżku. Chwilę później z łazienki wyszła już ubrana moja dziewczyna.
- Sprawdzałem czy jeszcze się położyłaś, nie patrz się tak na mnie - zaśmiałem się widząc jej zdziwiony wzrok.
- OK... kiedy jedziemy do szpitala?
- Dopiero wieczorem. Pewnie jakoś po twoim meczu.
- O kurniawka! Zapomniałam o meczu!
- Ogarnięta jak zawsze - pokręciłem głową z dezaprobatą.
- O 18, tak? - dopytała.
- To chyba ty musisz to wiedzieć... Tak, o 18 - teraz to już się załamałem.
- Dobra, dzięki. Mamy w takim razie 1 godz. i 20 minut - stwierdziła. - Liaś... głodna jestem...
- Przepraszam, ale mi się nie chce - wystawiłem jej język.
- Szkoda - podsumowała i chciała wyjść z pokoju ale ją zatrzymałem mówiąc:
- Co to za pudełko?
- Yhm... no wrzucam tam rzeczy... jakieś takie drobiazgi... z tym... no... - jąkała się.
- Wysłów się wreszcie, nie obrażę się przecież - uśmiechnąłem się zachęcająco.
- No są tutaj pamiątki po moich chłopakach... znaczy jeśli jakiś chłopak poprosi mnie o chodzenie, to wrzucam tam później coś związanego z tym chłopakiem - wyjaśniła.
- Serio miałaś tak dużo chłopaków? - zdziwiłem się.
- Nie, tu po prostu jest wszystko od przedszkola. A wtedy to wiesz, jakie są związki - uśmiechnęła się i wyszła z pokoju.
Stamford Bridge (stadion), godzina 18.00
W pierwszej kolejności po obudzeniu umyłem zęby i poszedłem pod prysznic. W samym ręczniku przewiązanym na biodrach wyszedłem z łazienki do pokoju. Stanąłem przed szafą, szukając jakichś ciuchów, gdy drzwi się otworzyły.
- Hej, Liaś, gdzie macie...? - zaczęła mówić ledwo żywa Kasia, gdy spojrzała na mnie i przerywając swoją wypowiedź się uśmiechnęła.
- Co gdzie mamy? - udałem, że nie widzę, jak pożera mnie wzrokiem. Podeszła do mnie, przytuliła od tyłu i zaczęła całować po szyi.
- Już nic, nieważne - szepnęła.
- Kochanie, przestań. Nie mam humoru na takie gierki - burknąłem. - Co chciałaś?
- Tabletki na kaca... - jęknęła niezadowolona.
- Zaraz ci pokażę, tylko się ubiorę - obiecałem, wyjmując z szafy zwykłe ciuchy. Dziewczyną przytaknęła i rzuciła się na moje łóżko.
- A tak właściwie to co się stało? Co ci popsuło humorek? - zrobiła smutną minkę, ale wiedziałem, że na serio jest ciekawa i troszkę się martwi.
- Prosto z mostu? - westchnąłem, zakładając w międzyczasie
- Yhym.
- Majka, Lou i Kinia mieli w nocy wypadek. Są w szpitalu, z czego Kinga dzisiaj wieczorem wyjdzie, a Majka się nadal nie obudziła - wyjaśniłem szczerze. Dziewczynie oczy zaszły łzami.
- Jak to? - wyszeptała i zaczęła płakać. Szybko do niej podszedłem i mocno przytuliłem.
- Kochanie, spokojnie. Maja z tego wyjdzie... to dzielny Marcinek - uśmiechnąłem się.
- Jaki Marcinek? O czym ty do mnie mówisz? - uniosła do góry brew, nie rozumiejąc.
- Kinga tak wymyśliła. Majka o tym jeszcze nie wie, ale ma nową ksywkę.
- Aaaaa, ok - zaśmiała się delikatnie.
- Już ok? - ciepło się do niej uśmiechnąłem. Pocałowała mnie.
- Teraz już tak - puściła mi oczko. - Pokażesz, gdzie te tabletki? Bo wiesz, nie żeby coś, ale zdycham!
- Jasne, chodź - zaśmiałem się z dezaprobatą.
Będąc już na dole, postanowiłem coś zjeść, bo wprost umierałem z głodu. Zdecydowałem się na zwykłe płatki z mlekiem. Szybko spożyłem posiłek i poszedłem na górę obudzić już Nialla. Ja rozumiem, że jest po imprezie, ale żeby tak spać do 16? Nie ładnie! Szybko pobiegłem na górę i wszedłem do pokoju chłopaka. Siłą ściągnąłem go z łóżka i wysłałem pod prysznic. Potem postanowiłem iść sprawdzić, czy moje kochanie wstało. Nie było jej w pokoju, brała pobudzający prysznic.
- Co to jest? - zapytałem sam siebie, sięgając po pudełko leżące na stoliku nocnym. Otworzyłem je. W środku były różne drobiazgi typu. pudełeczko po tic-tacach, wizytówka, bransoletka... a do każdej z tych rzeczy doczepiona karteczka z jakimś imieniem. Stwierdziłem, że potem zapytam się Kasi o co chodzi. Odłożyłem pudełko na miejsce i położyłem się na łóżku. Chwilę później z łazienki wyszła już ubrana moja dziewczyna.
- Sprawdzałem czy jeszcze się położyłaś, nie patrz się tak na mnie - zaśmiałem się widząc jej zdziwiony wzrok.
- OK... kiedy jedziemy do szpitala?
- Dopiero wieczorem. Pewnie jakoś po twoim meczu.
- O kurniawka! Zapomniałam o meczu!
- Ogarnięta jak zawsze - pokręciłem głową z dezaprobatą.
- O 18, tak? - dopytała.
- To chyba ty musisz to wiedzieć... Tak, o 18 - teraz to już się załamałem.
- Dobra, dzięki. Mamy w takim razie 1 godz. i 20 minut - stwierdziła. - Liaś... głodna jestem...
- Przepraszam, ale mi się nie chce - wystawiłem jej język.
- Szkoda - podsumowała i chciała wyjść z pokoju ale ją zatrzymałem mówiąc:
- Co to za pudełko?
- Yhm... no wrzucam tam rzeczy... jakieś takie drobiazgi... z tym... no... - jąkała się.
- Wysłów się wreszcie, nie obrażę się przecież - uśmiechnąłem się zachęcająco.
- No są tutaj pamiątki po moich chłopakach... znaczy jeśli jakiś chłopak poprosi mnie o chodzenie, to wrzucam tam później coś związanego z tym chłopakiem - wyjaśniła.
- Serio miałaś tak dużo chłopaków? - zdziwiłem się.
- Nie, tu po prostu jest wszystko od przedszkola. A wtedy to wiesz, jakie są związki - uśmiechnęła się i wyszła z pokoju.
Stamford Bridge (stadion), godzina 18.00
Oczami Kasi.
Już przebrane i rozgrzane weszłyśmy kolejno na boisko, a obok nas dziewczyny z Manchesteru United. To taki zaszczyt grać tu, na tej murawie, gdzie spotykają się profesjonaliści. Yumi, czyli nasza kapitanka podeszła do sędziego, a zaraz za nią Susan - kapitanka drużyny przeciwnej. Mężczyzna rzucił monetą. Wypadło na orła, czyli nasze przeciwniczki miały zacząć.
Mecz przebiegał na naszą korzyść, bo już w '4 minucie Margie strzeliła gola. Po upływie 13 minut z rzutu rożnego podałam piłkę do Yumi, która perfekcyjnie wykorzystała okazje. Do końca pierwszej połowy wygrywałyśmy 3:1 po golu Elizabeth i honorowej bramce Marthy. W czasie przerwy trener zmotywował nas jeszcze bardziej, dzięki czemu w '76 minucie po nieudanej próbie Yumi dobiłam piłkę głową. Chwilę później powiększyła naszą przewagę Margie... swoją drogą, to jak na obrońce, strzela ładne gole. Na kilka sekund przed końcowym gwizdkiem tzw. "okno" trafiła Rebecca, zakańczając mecz wynikiem 5:2.
Po grupowym "miśku" z całą drużyną (czyt. zawodniczki rezerwowe, trener i jego pomocnicy) poszłyśmy grupką do szatni. Pogratulowałyśmy rywalkom dobrej gry, a zwłaszcza cudownego gola Rebecce.
- Był naprawdę śliczny. Jak na moje oko, nie do obronienia - puściłam jej oczko.
Szybko się przebrałam i wyszłam na zewnątrz. Odnalazłam Liama, Nialla i Kingę, którzy emocjonalnie nam dopingowali w niebieskich barwach mego klubu. Nie miałam pojęcia, że Kinia już wyszła ze szpitala! To mi zrobili niespodziankę, nie ma co.
- Jesteście bardzo zgrane. Coś czuję, że Puchar Anglii jest wasz - przytulił się do mnie Horan, puszczając oczko.
- Jestem z ciebie dumna, młoda! Grałaś świetnie - pogratulowała mi Szynaka i potargała moje włosy. Podziękowałam, ale mimo wszystko dźgnęłam ją w brzuch, wszczynając wojnę. Payne patrzył się na nas z dezaprobatą, tupiąc nogą.
- Skończyłyście? - zapytał znudzonym głosem. Momentalnie spoważniałyśmy i uspokoiłyśmy się, spuszczając głowy w dół w wyrazie skruchy.
- No nie gniewam się przecież, ale chodźcie już - uśmiechnął się delikatnie. Byliśmy już w drodze do samochodu, gdy coś mu się nagle przypomniało. Zatrzymał się w pół kroku, objął mnie i dał soczystego całusa.
- A to za co? - nie zrozumiałam.
- Jak to za co? Za zwycięstwo, za strzelone gole, za wspaniałą grę! Nie pogratulowałem ci wygranej! - i całą trójką wybuchnęliśmy śmiechem z mojego roztargnienia.
Po powrocie do domu, wzięłam szybki prysznic, a Kinia założyła inne ubrania. W międzyczasie chłopaki siedzieli na dole. Nialler coś musiał zjeść, a Li rozmawiał z Harrym, który był ze wszystkimi w szpitalu.
- Jedziemy? - zapytałam, zbiegając po schodach.
- Tak, ale po drodze musimy iść do IKEI zamówić ten nieszczęsny stoliczek... A tak poza tym, mam dobrą wiadomość! Maja się obudziła, jest wszystko dobrze! - krzyknął, na co wszyscy dostaliśmy ataku pozytywnej energii. Wraz z Kingą tańczyłam i śpiewałam na cały głos "Wild Heart" zespołu The Vamps. Nie mam pojęcia, dlaczego padło akurat na tą grupę. Być może z racji, że obydwie ich uwielbiamy? Chłopakispojrzeli się po sobie i ze śmiechem do nas dołączyli.
Sklep IKEA, godzina 20.00.
Po grupowym "miśku" z całą drużyną (czyt. zawodniczki rezerwowe, trener i jego pomocnicy) poszłyśmy grupką do szatni. Pogratulowałyśmy rywalkom dobrej gry, a zwłaszcza cudownego gola Rebecce.
- Był naprawdę śliczny. Jak na moje oko, nie do obronienia - puściłam jej oczko.
Szybko się przebrałam i wyszłam na zewnątrz. Odnalazłam Liama, Nialla i Kingę, którzy emocjonalnie nam dopingowali w niebieskich barwach mego klubu. Nie miałam pojęcia, że Kinia już wyszła ze szpitala! To mi zrobili niespodziankę, nie ma co.
- Jesteście bardzo zgrane. Coś czuję, że Puchar Anglii jest wasz - przytulił się do mnie Horan, puszczając oczko.
- Jestem z ciebie dumna, młoda! Grałaś świetnie - pogratulowała mi Szynaka i potargała moje włosy. Podziękowałam, ale mimo wszystko dźgnęłam ją w brzuch, wszczynając wojnę. Payne patrzył się na nas z dezaprobatą, tupiąc nogą.
- Skończyłyście? - zapytał znudzonym głosem. Momentalnie spoważniałyśmy i uspokoiłyśmy się, spuszczając głowy w dół w wyrazie skruchy.
- No nie gniewam się przecież, ale chodźcie już - uśmiechnął się delikatnie. Byliśmy już w drodze do samochodu, gdy coś mu się nagle przypomniało. Zatrzymał się w pół kroku, objął mnie i dał soczystego całusa.
- A to za co? - nie zrozumiałam.
- Jak to za co? Za zwycięstwo, za strzelone gole, za wspaniałą grę! Nie pogratulowałem ci wygranej! - i całą trójką wybuchnęliśmy śmiechem z mojego roztargnienia.
Po powrocie do domu, wzięłam szybki prysznic, a Kinia założyła inne ubrania. W międzyczasie chłopaki siedzieli na dole. Nialler coś musiał zjeść, a Li rozmawiał z Harrym, który był ze wszystkimi w szpitalu.
- Jedziemy? - zapytałam, zbiegając po schodach.
- Tak, ale po drodze musimy iść do IKEI zamówić ten nieszczęsny stoliczek... A tak poza tym, mam dobrą wiadomość! Maja się obudziła, jest wszystko dobrze! - krzyknął, na co wszyscy dostaliśmy ataku pozytywnej energii. Wraz z Kingą tańczyłam i śpiewałam na cały głos "Wild Heart" zespołu The Vamps. Nie mam pojęcia, dlaczego padło akurat na tą grupę. Być może z racji, że obydwie ich uwielbiamy? Chłopakispojrzeli się po sobie i ze śmiechem do nas dołączyli.
Sklep IKEA, godzina 20.00.
Oczami Kingi.
We 4 weszliśmy do sklepu. Każdego przeszedł przyjemny dreszcz, spowodowany nagłą zmianą temperatury. Szybko znaleźliśmy miejsce, gdzie były wszystkie meble typu stolik. Przyglądałam się właśnie jednemu z nich, gdy Liam pociągnął mnie za rękę na bok.
- Pomóż mi - powiedział szybko.
- Jak mi powiesz w czym, to może coś się uda zrobić - uśmiechnęłam się sztucznie i teatralnie przewróciłam oczami. Jakoś nie miałam już humoru.
- Chcę zrobić prezent Kasi... marudziła mi ostatnio, że chce nasze zdjęcie w ramce powiesić... no i chciałem jej jakąś fajną ramkę właśnie kupić. Tylko, że ja nie wiem, jaką. I właśnie w tym momencie do akcji wkraczasz ty - wyjaśnił ze słodkim uśmiechem.
- To chodź szybko, zanim zauważą - lekko się zaśmiałam i pobiegliśmy w przeciwną stronę. Szybko odnalazłam coś, co na pewno spodoba się Kasi. Znam jej gusta bardzo dobrze.
- Dzięki ci, uratowałaś mi życie!
- No widzisz, jaka ze mnie bohaterka - mrugnęłam, co wywołało u nas głośny śmiech.
Szpital św. Anny, godzina 20.30.
Gdy dotarliśmy do szpitala, okazało się, że Maja jest bardzo słaba i tylko jedna osoba może do niej wejść. Aktualnie siedział z nią Zayn, lecz reszta kazała mi go zmienić. Weszłam więc do sali i wygoniłam mulata na korytarz. Dziewczyna spojrzała na mnie z bólem w oczach. Od razu zrobiło mi się jej szkoda.
- Aż tak bardzo źle? - zapytałam cicho. Lekko skinęła głową i przymknęła powieki w odpowiedzi.
- Nie możesz mówić czy ci się nie chce? - uśmiechnęłam się.
- Mam się nie przemęczać - mruknęła. - Miałam operacje.
- Wszystko przebiegło pomyślnie, jak rozumiem? - przytaknęła tylko głową. - A co tobie było tak właściwie?
- Wstrząs mózgu, pęknięte żebro i jakiś tam wylew. Ale nie groźny! - dodała widząc moją zszokowaną i przerażoną minę. Odetchnęłam z ulgą.
- Oczywiście jestem strasznie poobijana - rzekła jeszcze, ale to wiedziałam. Trudno, żeby po wypadku nie była posiniaczona ani nic!
- Dobrze... A psychicznie jak się czujesz? Siądziesz jeszcze za kółko?
- Jasne. To nie była moja wina, wszyscy żyją, więc nie ma powodów, bym już nie prowadziła - uśmiechnęła się, ale od razu skrzywiła usta i syknęła z bólu.
- Zostawisz mnie? Spać mi się chce - poprosiła. Tak też zrobiłam. Weszłam do sali Tomlinsona. On tryskał energią. Nie sądziłabym, że jest po wypadku samochodowym...
- Siemanko - przywitałam się serdecznie.
Dotrzymywaliśmy chłopakowi towarzystwa do 23.00, ale przyszedł lekarz i nas wygonił, o ile można to tak nazwać. Był bardzo miły, zrobił to z przyjaznym uśmiechem na twarzy, więc nikt nie czuł się urażony. Razem z Harrym poprosiliśmy go na słówko. Zaprosił nas do swojego gabinetu. Próbowaliśmy go namówić na wypuszczenie Louisa na koncert. Doktor był nieugięty. Upierał się, że z brunetem jeszcze nie jest wszystko w całkowitym porządku, że to nie wpłynie dobrze na jego zdrowie. Równo z Haroldem westchnęliśmy głęboko, co całą trójkę nieco rozbawiło. Pożegnaliśmy się z lekarzem, a następnie jeszcze z pielęgniarką w recepcji. Szybko pobiegliśmy do samochodów, którymi przyjechaliśmy. Zrobiliśmy wszyscy grupowego przytulasa na dobranoc i wróciliśmy do domów.
Dom dziewczyn, godzina 7.45.
- Dzięki ci, uratowałaś mi życie!
- No widzisz, jaka ze mnie bohaterka - mrugnęłam, co wywołało u nas głośny śmiech.
Szpital św. Anny, godzina 20.30.
Gdy dotarliśmy do szpitala, okazało się, że Maja jest bardzo słaba i tylko jedna osoba może do niej wejść. Aktualnie siedział z nią Zayn, lecz reszta kazała mi go zmienić. Weszłam więc do sali i wygoniłam mulata na korytarz. Dziewczyna spojrzała na mnie z bólem w oczach. Od razu zrobiło mi się jej szkoda.
- Aż tak bardzo źle? - zapytałam cicho. Lekko skinęła głową i przymknęła powieki w odpowiedzi.
- Nie możesz mówić czy ci się nie chce? - uśmiechnęłam się.
- Mam się nie przemęczać - mruknęła. - Miałam operacje.
- Wszystko przebiegło pomyślnie, jak rozumiem? - przytaknęła tylko głową. - A co tobie było tak właściwie?
- Wstrząs mózgu, pęknięte żebro i jakiś tam wylew. Ale nie groźny! - dodała widząc moją zszokowaną i przerażoną minę. Odetchnęłam z ulgą.
- Oczywiście jestem strasznie poobijana - rzekła jeszcze, ale to wiedziałam. Trudno, żeby po wypadku nie była posiniaczona ani nic!
- Dobrze... A psychicznie jak się czujesz? Siądziesz jeszcze za kółko?
- Jasne. To nie była moja wina, wszyscy żyją, więc nie ma powodów, bym już nie prowadziła - uśmiechnęła się, ale od razu skrzywiła usta i syknęła z bólu.
- Zostawisz mnie? Spać mi się chce - poprosiła. Tak też zrobiłam. Weszłam do sali Tomlinsona. On tryskał energią. Nie sądziłabym, że jest po wypadku samochodowym...
- Siemanko - przywitałam się serdecznie.
Dotrzymywaliśmy chłopakowi towarzystwa do 23.00, ale przyszedł lekarz i nas wygonił, o ile można to tak nazwać. Był bardzo miły, zrobił to z przyjaznym uśmiechem na twarzy, więc nikt nie czuł się urażony. Razem z Harrym poprosiliśmy go na słówko. Zaprosił nas do swojego gabinetu. Próbowaliśmy go namówić na wypuszczenie Louisa na koncert. Doktor był nieugięty. Upierał się, że z brunetem jeszcze nie jest wszystko w całkowitym porządku, że to nie wpłynie dobrze na jego zdrowie. Równo z Haroldem westchnęliśmy głęboko, co całą trójkę nieco rozbawiło. Pożegnaliśmy się z lekarzem, a następnie jeszcze z pielęgniarką w recepcji. Szybko pobiegliśmy do samochodów, którymi przyjechaliśmy. Zrobiliśmy wszyscy grupowego przytulasa na dobranoc i wróciliśmy do domów.
Dom dziewczyn, godzina 7.45.
Oczami Kasi.
Leniwie zwlekłam się z łóżka, uciszając budzik. Oczy miałam półprzymknięte, a moje ruchy były wolne. Nadal miałam wrażenie, że śpię. Pewnie łatwo było mnie pomylić z zombie. Podeszłam do okna, szybkim ruchem odsłoniłam zasłonki. Promienie słoneczne od razu rozświetliły pokój. Zamknęłam na chwilę oczy z powodu światła świecącego prosto na moją twarz. Umyłam dokładnie zęby oraz twarz. Wzięłam orzeźwiający prysznic, po czym mocno wtarłam balsam o zapachu kokosowym w skórę. Owinięta ręcznikiem szybko wysuszyłam włosy, a potem wyjęłam z szafy letnie ubrania i nałożyłam je na siebie. Dziś pogoda była wyjątkowo piękna i słoneczna.
Zbiegłam na parter, lecz nie zastałam tam Kingi. To dziwne, ona zawsze była gotowa wcześniej. Zawróciłam na górę i zapukałam lekko w jej drzwi. Usłyszałam stłumione "nie śpię, już idę!". Wzruszyłam ramionami i zjadłam pyszne, zdrowe i pożywne musli z mlekiem. Szynaka faktycznie po chwili dołączyła do mnie. Wyjęła z lodówki jogurt i szybko go skonsumowała.
- Jedziemy? Wcześnie jest co prawda, ale warto być przed treningiem - zauważyłam. Dziewczyna spojrzała na zegarek i przytaknęła głową. Chwyciłyśmy nasze torby i pojechałyśmy na stadion. Na drodze było mnóstwo korków, ale i tak dotarłyśmy na miejsce wcześnie. W szatni siedziały i plotkowały już nasze dwie koleżanki. Przywitałyśmy się ciepło.
- A wy co tak wcześnie? Zawsze na ostatnią chwilę, a tu proszę bardzo! 8.30, a wy na miejscu! - śmiała się z nas bramkarka niemieckiego pochodzenia, Konstanze.
- No, no! Nie poznaję was! Może coś się stało? - wtórowała jej nasza francuska obrończyni, Camille.
- Ha ha ha, bardzo śmieszne - powiedziała z grobową miną Szynka. Ja tylko parsknęłam cichym śmiechem.
Rozmawiałyśmy i wygłupiałyśmy się jeszcze parę minut, kiedy przyszła klubowa "gwiazdka", czyli Bella. Obok niej jak zwykle biegała Cornelia. Jak ja ich nienawidzę! Znaczy Cornel, to pewnie byłaby fajna, ale Plastikowa Bella źle na nią działa. Blondi uważa się za pępek świata i zachowuje się jakby każdy chłopak był tylko jej. Chociaż mimo okropnego charakteru jest świetną obrończynią, zarówno jak Cornelia, z tym że ta druga jest napastniczką, zaraz obok mnie. Rzuciły nam tylko krótkie "cześć" i dalej brnęły w rozmowę o idealnym makijażu. Camille jakby na złość im głośno zapytała nas o chłopaków. Doskonale wiedziała, z kim chodzimy. Najwidoczniej chciała, żeby gwiazdki też się dowiedziały. Kiedy tylko usłyszały imiona naszych chłopaków, włączyły się do rozmowy.
- Liam? Niall? Całkiem jak te ciacha z One Direction! - zaśmiała się tleniona blondynka.
- Przypadek? Nie sądzę! - dorzuciła Cornel, nie zdając sobie sprawy z tego, co mówi.
- Tak się składa, że to właśnie oni - powiedziałam z dumną miną. Na ogół nie lubię się chwalić, ale żeby zrobić tym gnidom za złość, zrobię wszystko.
- Jak to? - otworzyły usta ze zdziwienia.
Ciężko było im to wmówić do tych pustych, farbowanych łbów. Dopiero na chwilę przed treningiem uwierzyły. Od razu zaczęły zasypywać nas pytaniami:
- Jak całują?
- Fajni są?
- Przyprowadzicie ich kiedyś na trening?
- Od kiedy jesteście razem?
- W łóżku dobrzy?
Za to ostatnie miałam ochotę wyrzucić Bellę za okno. Taki mały przelot z drugiego piętra chyba by jej nie zaszkodził?
- Yumi! Chodź na sekundkę do mnie, mam wiadomość dla was - zawołał zza drzwi nasz trener. Zdziwiona Koreanka poszła do jego gabinetu. Wszystkie byłyśmy ciekawe, o co chodzi.
- Która? - zadała to pytanie Margie i wszystkie wiedziałyśmy, o co chodzi.
- Kaśka, ty idź - zarządziła Elizabeth.
- Niby z jakiej racji? Ja nie chce! - zaprotestowałam.
- Jestem wicekapitanką, masz się mnie słuchać - wytknęła mi język. Przewróciłam oczami i wyszłam z szatni. Po cichu skradałam się pod odpowiednie drzwi. Gdy już tam dotarłam, przyłożyłam do nich prawe ucho i uważnie nasłuchiwałam. W momencie, kiedy zrozumiałam, o co chodzi, miałam ochotę skakać i piszczeć z radości. Zatkałam ręką usta i szybko pobiegłam z powrotem do szatni.
- I co? I co? - dopytywała się Konstanze.
- AAAA, nie uwierzycie! - piszczałam i skakałam w ataku radości.
- Na razie nie mamy w co wierzyć! - śmiała się Cornel.
- Powiedz, szybko! - poganiała mnie Kinga.
- MAMY TRENING Z CHŁOPAKAMI! - wydarłam się.
- Jak to? - zamarła Elizabeth.
- Z piłkarzami Chelsea? - nie mogła uwierzyć Bella.
- Tymi z Premiership? - dopytywała zszokowana Camille.
- Żartujesz sobie, prawda? - zapytała Kinga.
- Nie żartuję, tak usłyszałam! Mamy trening z chłopakami z Premiership! Z profesjonalistami! - podkreśliłam ostatnie słowo. Jak na zawołanie wszystkie, bez wyjątku, zaczęłyśmy skakać, piszczeć, krzyczeć, tańczyć, śpiewać i wszystko inne. Nagle do szatni wparowała Yumi.
- Nie uwierzycie! - krzyknęła, a my wybuchnęłyśmy gromkim śmiechem.
- Wszystko już wiemy - wyjaśniła już w miarę uspokojona Margie zdziwionej dziewczynie.
- Podsłuchiwałyście! O wy dranie niewychowane! - śmiała się z nas.
- Dobra, panienki! Koniec tego dobrego, trzeba iść ćwiczyć! - zaklaskała Elizabeth. Posłusznie chwyciłyśmy nasze butelki z wodą i wybiegłyśmy na boisko. Oni już tam byli. Żadna z nas nie mogła oderwać od nich wzroku w pierwszej chwili. Każda wpatrywała się w swojego ulubieńca. Mój cudowny, 23 - letni, brazylijski obrońca, czyli Oscar właśnie bawił się w berka razem z kolegami. Wpatrywałam się w niego jak w obrazek, dopóki Camille nie popchnęła mnie przed siebie.
- No już, już, nie patrz się tak na tego swojego boga - puściła mi oczko.
- Ty też się patrzyłaś na swojego cudownego Luiza! - odgryzłam się.
- Oj tam, oj tam - machnęła ręką, śmiejąc się wraz ze mną.
Rzuciłyśmy nasze telefony i picia na krzesełka i stanęłyśmy w miejscu.
- Trenera nie ma... - zaczęłam wolno.
- ... a to oznacza tylko jedno! - kontynuowała moją złotą myśl Yumi.
- FRAJDA! - krzyknęłyśmy wszystkie razem i zaczęłyśmy się wygłupiać, każda na swój sposób.
Margie i Konstanze zaczęły turlać się po murawie i wydawać przy tym dziwne dźwięki; Elizabeth i Kinga udawały Teletubisie, kręcąc tyłkami i śpiewając; Bella i Cornelia robiły sobie iPhonami zdjęcia; a ja wraz z Camille podpierdzieliłyśmy piłkę spod krzesełek i pograłyśmy sobie trochę.
- Obrońcy nie okiwasz, skarbie! - droczyła się ze mną, zabierając mi piłkę i biegnąc w przeciwną stronę.
- Czyżby? - zapytałam zadziornie i odebrałam jej piłkę.
- Jak uda ci się strzelić gola, masz moje uznanie - zaproponowała zakład.
- Możesz już zacząć godzić się z myślą, że jestem najlepsza! - zaśmiałam się i pobiegłam w stronę bramki. Już robiłam zamach nogą, by poprowadzić do niej piłkę, gdy blondynka zabrała mi ją sprzed nosa.
- Samoocena nagle runęła w gruzach? - nabijała się ze mnie, biegnąc przed siebie. Zdenerwowana i zdeterminowana warknęłam niczym zwierzę i sprintem dotarłam do mojego celu. Z trudem odzyskałam "moją" własność. Co jak co, ale Camille to dobrze umie kiwać.
- Już podskoczyła - odkrzyknęłam i biegłam do bramki, ile sił w nogach. Nie miałam z tym problemu, gdyż byłam niska i lekka, dzięki czemu łatwo mi się przemieszczać. Dobiegłam do odpowiedniego miejsca, lekko przekrzywiłam pod kątem ciało i w ułamku sekundy wymierzyłam, w które miejsce piłki kopnąć.
- Udało się. Udało mi się! - krzyknęłam i podniosłam ręce do góry. Zdałam sobie sprawę, dopiero teraz, że na stadionie panowała głucha cisza. Nagle ktoś zaczął klaskać.
- Ładnie! Idealne okno, dobra jesteś! Czyżby napastniczka? - podszedł do mnie Oscar i Torres. Krótko mówiąc, szczena mi opadła. Widziałam kątem oka, jak Camille się ze mnie śmieje. Ocknęłam się.
- Taaaak... - odpowiedziałam niepewnie, wpatrując się w ciemnobrązowe oczy mojego ulubieńca. Posłał mi śliczny uśmiech, który od razu odwzajemniłam.
- Dziewczyny! - zawołał groźnie nasz trener.
- Ups... - mruknęłyśmy obie.
- Ile razy mam powtarzać, żeby nie zabierać piłki spod krzesełek?!? - wydarł się. Od razu spuściłyśmy głowy z przepraszającym uśmiechem.
- I tak nie dotrze, za głupie to jest - poklepała go po ramieniu Kinga, za co posłałam jej razem z blondynką mordercze spojrzenie. Trener się tylko uśmiechnął i poprosił piłkę z powrotem. Wzięłam ją i podeszłam do mężczyzny, oddając jego własność. Przechodząc obok Szynaki śmiejącej się ze mnie zatrzymałam się i przyłożyłam jej z całej siły w głowę.
- Pajac! - wyzwałam ją z usmiechem.
- Idiotka! - odgryzła się.
- Debil!
- Dekiel!
- O ty Arabie!
- Jak mnie nazwałaś, Cyganie? - podeszła do mnie udając koksa.
- Nie koksuj już tak, na zawsze będziesz chuchro! - wystawiłam jej język.
- Powiedział leniwiec - podsumowała.
- Głupek! - tupnęłam nogą i zrobiłam minę a'la wkurzony przedszkolak.
- Pse pana, pse pana! Ona mnie psezywa! - krzyczała oburzona do trenera. Wszyscy mieli z nas niezłą beke.
- Dobrze, moje córeczki, już spokój - zaśmiał się i pogłaskał nas obie po głowach.
- A mnie tatuś kocha bardziej! - wystawiła mi język.
- TATOOO! - krzyknęłam imitując dziki płacz.
- Dziewczyny, koniec zabawy! Rozgrzewka! 10 razy przebiec naszą połowę. Po białych liniach! - dodał głośno za nami.
Po 15 minutowej rozgrzewce poćwiczyłyśmy na pachołkach zwody i podania. Dobroduszny trener pozwolił nam postrzelać trochę karne. Przerwał dźwięk gwizdka.
- Wszyscy ustawić się w szeregu! Kolejno odlicz! - zarządził. Z racji, że byli tylko ci z podstawowych składów, wyszło nam 22 osoby, czyli idealnie. Jeśli ktoś jest ciekaw, zamiast Majki na trening przyszła rezerwowa Alice, ale spóźniła się.
- Kasia, Margareth, Yumi, Bella i Konstanze! Zakładać żółte koszulki, jesteście jedną drużyną. Pozostałe mają pomarańczowe. Ruchy, ruchy!
- Gramy z nimi? - zapytała Cornelia, wskazując głową na chłopaków.
- Tak. Zadowolone? - spojrzał na każdą zawodniczkę po kolei. Wszystkie się szczerzyły, jak głupie albo normalnie kiwały głowami.
Dostrzegłam, że jestem w drużynie m.in. z Oscarem, Torresem, Lampardem i Terrym. Podoba mi się ta drużyna!
- Masz mi strzelać takie cudowne gole, jak wcześniej, zrozumiano? - szepnął mi Oscar do ucha. Czułam jak zaczynają mnie piec policzki.
- Petrowi strzelić gola jest trochę ciężej niż na pustą bramkę - grymasiłam.
- Tylko troszkę - puścił mi oczko z uśmiechem.
Grało nam się bardzo dobrze. Z Brazylijczykiem super się współpracuje. Dzięki niemu strzeliłam jednego gola. Drugiego - Fernando Torres, a trzeciego Yumi po podaniu Terrego.
Trzygodzinny trening zleciał nam bardzo szybko. Już w szatni Elizabeth zaproponowała wypad na miasto. Tylko część mogła pójść, gdyż reszta miała inne plany. Cornelia i Bella miały wizytę u kosmetyczki i fryzjera, Konstanze szła na randkę, Yumi miała jej pomóc w wyborze ubrań, a Alice jechała do babci. No cóż, w takim razie, nasza czwórka (ja, Kinga, Eli, Cami) wybrała się na miasto.
Najpierw poszłyśmy wspólnie do kina na "Skubani". A co tam, że to bajka! I tak była fajna! :D Po zakończonym seansie poszłyśmy na podbój sklepów. Kupiłam sobie jedynie poobdzierane dżinsy, za to dziewczynom udało coś upolować więcej ciuchów. Wesołe poszłyśmy jeszcze do kawiarni na kawę i ciasto.
- Miałyśmy nie jeść takich rzeczy... - grymasiła Eli.
- Nikt się nie dowie, tylko cicho masz być! - zagroziłam palcem.
- No dobra, dobra... - przewróciła oczami.
- Dziewczyny, wy lepiej patrzcie, kto tam idzie - uśmiechnęła się Kinga w stronę drzwi. Camille i ja odwróciłyśmy się w tamtą stronę, gdyż siedziałyśmy tyłem. W drzwiach stał...
- No, no! Nie poznaję was! Może coś się stało? - wtórowała jej nasza francuska obrończyni, Camille.
- Ha ha ha, bardzo śmieszne - powiedziała z grobową miną Szynka. Ja tylko parsknęłam cichym śmiechem.
Rozmawiałyśmy i wygłupiałyśmy się jeszcze parę minut, kiedy przyszła klubowa "gwiazdka", czyli Bella. Obok niej jak zwykle biegała Cornelia. Jak ja ich nienawidzę! Znaczy Cornel, to pewnie byłaby fajna, ale Plastikowa Bella źle na nią działa. Blondi uważa się za pępek świata i zachowuje się jakby każdy chłopak był tylko jej. Chociaż mimo okropnego charakteru jest świetną obrończynią, zarówno jak Cornelia, z tym że ta druga jest napastniczką, zaraz obok mnie. Rzuciły nam tylko krótkie "cześć" i dalej brnęły w rozmowę o idealnym makijażu. Camille jakby na złość im głośno zapytała nas o chłopaków. Doskonale wiedziała, z kim chodzimy. Najwidoczniej chciała, żeby gwiazdki też się dowiedziały. Kiedy tylko usłyszały imiona naszych chłopaków, włączyły się do rozmowy.
- Liam? Niall? Całkiem jak te ciacha z One Direction! - zaśmiała się tleniona blondynka.
- Przypadek? Nie sądzę! - dorzuciła Cornel, nie zdając sobie sprawy z tego, co mówi.
- Tak się składa, że to właśnie oni - powiedziałam z dumną miną. Na ogół nie lubię się chwalić, ale żeby zrobić tym gnidom za złość, zrobię wszystko.
- Jak to? - otworzyły usta ze zdziwienia.
Ciężko było im to wmówić do tych pustych, farbowanych łbów. Dopiero na chwilę przed treningiem uwierzyły. Od razu zaczęły zasypywać nas pytaniami:
- Jak całują?
- Fajni są?
- Przyprowadzicie ich kiedyś na trening?
- Od kiedy jesteście razem?
- W łóżku dobrzy?
Za to ostatnie miałam ochotę wyrzucić Bellę za okno. Taki mały przelot z drugiego piętra chyba by jej nie zaszkodził?
- Yumi! Chodź na sekundkę do mnie, mam wiadomość dla was - zawołał zza drzwi nasz trener. Zdziwiona Koreanka poszła do jego gabinetu. Wszystkie byłyśmy ciekawe, o co chodzi.
- Która? - zadała to pytanie Margie i wszystkie wiedziałyśmy, o co chodzi.
- Kaśka, ty idź - zarządziła Elizabeth.
- Niby z jakiej racji? Ja nie chce! - zaprotestowałam.
- Jestem wicekapitanką, masz się mnie słuchać - wytknęła mi język. Przewróciłam oczami i wyszłam z szatni. Po cichu skradałam się pod odpowiednie drzwi. Gdy już tam dotarłam, przyłożyłam do nich prawe ucho i uważnie nasłuchiwałam. W momencie, kiedy zrozumiałam, o co chodzi, miałam ochotę skakać i piszczeć z radości. Zatkałam ręką usta i szybko pobiegłam z powrotem do szatni.
- I co? I co? - dopytywała się Konstanze.
- AAAA, nie uwierzycie! - piszczałam i skakałam w ataku radości.
- Na razie nie mamy w co wierzyć! - śmiała się Cornel.
- Powiedz, szybko! - poganiała mnie Kinga.
- MAMY TRENING Z CHŁOPAKAMI! - wydarłam się.
- Jak to? - zamarła Elizabeth.
- Z piłkarzami Chelsea? - nie mogła uwierzyć Bella.
- Tymi z Premiership? - dopytywała zszokowana Camille.
- Żartujesz sobie, prawda? - zapytała Kinga.
- Nie żartuję, tak usłyszałam! Mamy trening z chłopakami z Premiership! Z profesjonalistami! - podkreśliłam ostatnie słowo. Jak na zawołanie wszystkie, bez wyjątku, zaczęłyśmy skakać, piszczeć, krzyczeć, tańczyć, śpiewać i wszystko inne. Nagle do szatni wparowała Yumi.
- Nie uwierzycie! - krzyknęła, a my wybuchnęłyśmy gromkim śmiechem.
- Wszystko już wiemy - wyjaśniła już w miarę uspokojona Margie zdziwionej dziewczynie.
- Podsłuchiwałyście! O wy dranie niewychowane! - śmiała się z nas.
- Dobra, panienki! Koniec tego dobrego, trzeba iść ćwiczyć! - zaklaskała Elizabeth. Posłusznie chwyciłyśmy nasze butelki z wodą i wybiegłyśmy na boisko. Oni już tam byli. Żadna z nas nie mogła oderwać od nich wzroku w pierwszej chwili. Każda wpatrywała się w swojego ulubieńca. Mój cudowny, 23 - letni, brazylijski obrońca, czyli Oscar właśnie bawił się w berka razem z kolegami. Wpatrywałam się w niego jak w obrazek, dopóki Camille nie popchnęła mnie przed siebie.
- No już, już, nie patrz się tak na tego swojego boga - puściła mi oczko.
- Ty też się patrzyłaś na swojego cudownego Luiza! - odgryzłam się.
- Oj tam, oj tam - machnęła ręką, śmiejąc się wraz ze mną.
Rzuciłyśmy nasze telefony i picia na krzesełka i stanęłyśmy w miejscu.
- Trenera nie ma... - zaczęłam wolno.
- ... a to oznacza tylko jedno! - kontynuowała moją złotą myśl Yumi.
- FRAJDA! - krzyknęłyśmy wszystkie razem i zaczęłyśmy się wygłupiać, każda na swój sposób.
Margie i Konstanze zaczęły turlać się po murawie i wydawać przy tym dziwne dźwięki; Elizabeth i Kinga udawały Teletubisie, kręcąc tyłkami i śpiewając; Bella i Cornelia robiły sobie iPhonami zdjęcia; a ja wraz z Camille podpierdzieliłyśmy piłkę spod krzesełek i pograłyśmy sobie trochę.
- Obrońcy nie okiwasz, skarbie! - droczyła się ze mną, zabierając mi piłkę i biegnąc w przeciwną stronę.
- Czyżby? - zapytałam zadziornie i odebrałam jej piłkę.
- Jak uda ci się strzelić gola, masz moje uznanie - zaproponowała zakład.
- Możesz już zacząć godzić się z myślą, że jestem najlepsza! - zaśmiałam się i pobiegłam w stronę bramki. Już robiłam zamach nogą, by poprowadzić do niej piłkę, gdy blondynka zabrała mi ją sprzed nosa.
- Samoocena nagle runęła w gruzach? - nabijała się ze mnie, biegnąc przed siebie. Zdenerwowana i zdeterminowana warknęłam niczym zwierzę i sprintem dotarłam do mojego celu. Z trudem odzyskałam "moją" własność. Co jak co, ale Camille to dobrze umie kiwać.
- Już podskoczyła - odkrzyknęłam i biegłam do bramki, ile sił w nogach. Nie miałam z tym problemu, gdyż byłam niska i lekka, dzięki czemu łatwo mi się przemieszczać. Dobiegłam do odpowiedniego miejsca, lekko przekrzywiłam pod kątem ciało i w ułamku sekundy wymierzyłam, w które miejsce piłki kopnąć.
- Udało się. Udało mi się! - krzyknęłam i podniosłam ręce do góry. Zdałam sobie sprawę, dopiero teraz, że na stadionie panowała głucha cisza. Nagle ktoś zaczął klaskać.
- Ładnie! Idealne okno, dobra jesteś! Czyżby napastniczka? - podszedł do mnie Oscar i Torres. Krótko mówiąc, szczena mi opadła. Widziałam kątem oka, jak Camille się ze mnie śmieje. Ocknęłam się.
- Taaaak... - odpowiedziałam niepewnie, wpatrując się w ciemnobrązowe oczy mojego ulubieńca. Posłał mi śliczny uśmiech, który od razu odwzajemniłam.
- Dziewczyny! - zawołał groźnie nasz trener.
- Ups... - mruknęłyśmy obie.
- Ile razy mam powtarzać, żeby nie zabierać piłki spod krzesełek?!? - wydarł się. Od razu spuściłyśmy głowy z przepraszającym uśmiechem.
- I tak nie dotrze, za głupie to jest - poklepała go po ramieniu Kinga, za co posłałam jej razem z blondynką mordercze spojrzenie. Trener się tylko uśmiechnął i poprosił piłkę z powrotem. Wzięłam ją i podeszłam do mężczyzny, oddając jego własność. Przechodząc obok Szynaki śmiejącej się ze mnie zatrzymałam się i przyłożyłam jej z całej siły w głowę.
- Pajac! - wyzwałam ją z usmiechem.
- Idiotka! - odgryzła się.
- Debil!
- Dekiel!
- O ty Arabie!
- Jak mnie nazwałaś, Cyganie? - podeszła do mnie udając koksa.
- Nie koksuj już tak, na zawsze będziesz chuchro! - wystawiłam jej język.
- Powiedział leniwiec - podsumowała.
- Głupek! - tupnęłam nogą i zrobiłam minę a'la wkurzony przedszkolak.
- Pse pana, pse pana! Ona mnie psezywa! - krzyczała oburzona do trenera. Wszyscy mieli z nas niezłą beke.
- Dobrze, moje córeczki, już spokój - zaśmiał się i pogłaskał nas obie po głowach.
- A mnie tatuś kocha bardziej! - wystawiła mi język.
- TATOOO! - krzyknęłam imitując dziki płacz.
- Dziewczyny, koniec zabawy! Rozgrzewka! 10 razy przebiec naszą połowę. Po białych liniach! - dodał głośno za nami.
Po 15 minutowej rozgrzewce poćwiczyłyśmy na pachołkach zwody i podania. Dobroduszny trener pozwolił nam postrzelać trochę karne. Przerwał dźwięk gwizdka.
- Wszyscy ustawić się w szeregu! Kolejno odlicz! - zarządził. Z racji, że byli tylko ci z podstawowych składów, wyszło nam 22 osoby, czyli idealnie. Jeśli ktoś jest ciekaw, zamiast Majki na trening przyszła rezerwowa Alice, ale spóźniła się.
- Kasia, Margareth, Yumi, Bella i Konstanze! Zakładać żółte koszulki, jesteście jedną drużyną. Pozostałe mają pomarańczowe. Ruchy, ruchy!
- Gramy z nimi? - zapytała Cornelia, wskazując głową na chłopaków.
- Tak. Zadowolone? - spojrzał na każdą zawodniczkę po kolei. Wszystkie się szczerzyły, jak głupie albo normalnie kiwały głowami.
Dostrzegłam, że jestem w drużynie m.in. z Oscarem, Torresem, Lampardem i Terrym. Podoba mi się ta drużyna!
- Masz mi strzelać takie cudowne gole, jak wcześniej, zrozumiano? - szepnął mi Oscar do ucha. Czułam jak zaczynają mnie piec policzki.
- Petrowi strzelić gola jest trochę ciężej niż na pustą bramkę - grymasiłam.
- Tylko troszkę - puścił mi oczko z uśmiechem.
Grało nam się bardzo dobrze. Z Brazylijczykiem super się współpracuje. Dzięki niemu strzeliłam jednego gola. Drugiego - Fernando Torres, a trzeciego Yumi po podaniu Terrego.
Trzygodzinny trening zleciał nam bardzo szybko. Już w szatni Elizabeth zaproponowała wypad na miasto. Tylko część mogła pójść, gdyż reszta miała inne plany. Cornelia i Bella miały wizytę u kosmetyczki i fryzjera, Konstanze szła na randkę, Yumi miała jej pomóc w wyborze ubrań, a Alice jechała do babci. No cóż, w takim razie, nasza czwórka (ja, Kinga, Eli, Cami) wybrała się na miasto.
Najpierw poszłyśmy wspólnie do kina na "Skubani". A co tam, że to bajka! I tak była fajna! :D Po zakończonym seansie poszłyśmy na podbój sklepów. Kupiłam sobie jedynie poobdzierane dżinsy, za to dziewczynom udało coś upolować więcej ciuchów. Wesołe poszłyśmy jeszcze do kawiarni na kawę i ciasto.
- Miałyśmy nie jeść takich rzeczy... - grymasiła Eli.
- Nikt się nie dowie, tylko cicho masz być! - zagroziłam palcem.
- No dobra, dobra... - przewróciła oczami.
- Dziewczyny, wy lepiej patrzcie, kto tam idzie - uśmiechnęła się Kinga w stronę drzwi. Camille i ja odwróciłyśmy się w tamtą stronę, gdyż siedziałyśmy tyłem. W drzwiach stał...
****************************
Beznadziejny. Nie mordujcie.
Czemu tak mało o mnie :O :C
OdpowiedzUsuńA reszta fajna ;)
Czekam na next :****
Kto stał w drzwiach
OdpowiedzUsuń